Jak wiele może słowo i czy prowadzi do nieskończoności?

Recenzja książki Mariusza Bylińskiego Historia nieskończona.
Sama nie wiem właściwie, co jest akcją książki, bo narrator jest uczestnikiem, bo książka to pamiętnik z tak bałaganiarską retrospekcją (a może i nie?),...

że mam ochotę stworzyć kalendarium jego żywota, bo do końca nie wiadomo, czy akcja to jawa, czy oniryczna wizja człowieka opętanego językiem.

A bohater jest z pewnością opętany i to jest fakt, który dotyczy Kolekcjonera Słów. Od młodych lat pochłaniał słowa, poszukiwał ich wszędzie, podsłuchując rozmowy, czytając gazety, książki (choć czytać jeszcze nie umiał), budując sekwencje wyrazów, kolokacje, badając język i jego Nieskończoność. Bohater (będę go tak uparcie nazywać, bo imienia nie otrzymał) postanowił nawet zostać kloszardem, parkowym włóczęgą, który poszukuje Nieskończoności. I tu pies pogrzebany. Z językowego punktu widzenia Nieskończoność może być pojemnością słowa, tym, co może przekazać, gdzie może wystąpić i w jakim połączeniu, skąd pochodzi. Gdyby te wszystkie pokręcone czynniki złożyć do kupy, to może i faktycznie Nieskończoność spadłaby na nas i oświeciła blaskiem lingwistycznej chwały. Ale czy to jedyny problem książki?

Bo Nieskończonością w ujęciu Bylińskiego może być chyba też rzeczywistość. I stąd jej nierealność, pokazywanie rzeczy absurdalnych, gadającego ptaka, pracę w feudalnym Księstwie, która może należeć do wątku autobiograficznego i inne, których nawet nie przytoczę, bo większego zamętu nie chcę wprowadzić. Nieskończoność to kombinacja. Jawa ze snem, warkocz wydarzeń, nieokiełznany.

„Historia Nie-skończona” to lektura psotna i awangardowa, jak gombrowiczowskie „Ferdydurke”, które amatorom piśmiennictwa (nie pisania!) daje plask w przysłowiową gębę. Nawet zakończenie (co prawda nie „a kto czytał, ten trąba”) jest pokrewne. Kto nie zrozumiał (czytaj: jest za głupi), to jego problem. Byliński pewnie nieźle się ubawił, kiedy pisał swoją powiastkę, nie-skończoną z otwartą kompozycją i ciętą ripostą na koniec. Ja się natomiast nie ubawiłam w ogóle, choć trzeba przyznać, że lingwistyczne opętanie wyszło bohaterowi (sic!) na dobre, bo językiem operuje zgoła nieźle. Trudno wysnuć opinię na temat tak dziwnego deseru, jaki zaserwował autor. Ni to gorzki, ni słodki, ciężki do wyczucia. Może ma szansę zostać bestsellerem, jeśli ktokolwiek go zrozumie. Ale póki co się chyba na to nie zapowiada.

Natalia Kędziak
(natalia.kedziak@dlalejdis.pl)

Mariusz Byliński, “Historia Nie-skończona”, Wydawnictwo Papierowy Motyl, Warszawa 2010


Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat