Zamiast tony leków, pacjenci coraz częściej wybierają rozgrzewające herbatki, napary, okłady z gorących ręczników i najprostsze „wypocenie” choroby.
Ingrid Schlieske, autorka książki „Japoński strumień zdrowia”, uważa, że w konwencjonalnej metodzie leczenia „zbyt szybko wyciąga się armatnie działa, żeby ustrzelić małą ptaszynę”. Zamiast tego proponuje alternatywne postępowanie, oparte na tradycyjnych metodach ludowych.
Książka jest napisana językiem lekkim, przyjaznym i zrozumiałym. Sporą część treści autorka poświęca na zachęcenie czytelnika, by chociażby wypróbował zachwalaną przez nią metodę. Entuzjazm autorki jest do tego stopnia wyczuwalny, że po parunastu stronach chcemy poznać dokładą metodykę tego zabiegu. A ta, opisana jest precyzyjnie na kolejnych stronach.
Metoda „napromienowywania” lub „japońskich promieni zdrowia” polega na odpowiedniej stymulacji położonych na ciele punktów energetycznych. Podstawowym założeniem zdrowia jest nieprzerwany i niezakłócony obieg energii po całym ciele. Jeżeli po drodze pojawiają się „bloki” lub przeszkody, ciało zaczyna chorować. Stymulacja punktów energetycznych opiera się na ucisku, co ma za zadanie „odblokowywać” „zatkane” kanały energetyczne.
Książka zawiera spis różnorakich dolegliwości i sposoby stymulacji konkretnych punktów na ciele.
Autorka nie zniechęca jednak czytelnika do medycyny konwencjonalnej. Zaznacza nawet, że w wielu przypadkach ingerencja lekarska jest konieczna. Uważa jednak, że „napromieniowywanie” siebie i bliskich stanowi skuteczne postępowanie w przypadkach lżejszych dolegliwości (np. kataru). Może być także uzupełnieniem terapii konwencjonalnej. Bo skoro nie pozbawia energii, a działa – dlaczego by nie spróbować?
Karolina Piejko
(karolina.piejko@dlalejdis.pl)
Ingrid Schlieske, „Japoński strumień zdrowia”, Białystok, Studio Antropsychologii, 2014
Komentarze