Dla Eustacii Cleary w życiu liczyli się trzej mężczyźni – jej brat bliźniak Marcus, Ben – pierwsza miłość i ojciec – Wilson, który siedemnaście lat temu porzucił rodzinę, którą wcześniej despotycznie kierował. Oziębły i nieprzystępny mężczyzna nie starał się utrzymywać kontaktu z dziećmi, więc kiedy po przebytym zawale Wilson wzywa córkę do siebie, Taisy nie może powstrzymać ciekawości i decyduje się na wyjazd. Okazuje się, że mężczyzna nie postanowił nagle naprawić błędów z przeszłości – chce wykorzystać fakt, że Taisy jest „autorem-widmo” i nakłonić ją do napisania książki o sobie. Dokładnie wskazuje jednak fakty, które mają być opisane, ludzi, których warto zapytać o opinię i miejsca, do których należy się udać – wśród tych poleceń brakuje odniesień do dzieciństwa Wilsona, więc Eustacia rozpoczyna małe, prywatne śledztwo, by odkryć przeszłość ojca. Nie pomaga jej w tym fakt, że w sąsiedztwie wciąż mieszka Ben, chłopak w którym była, a może wciąż jest zakochana, a także trudna relacja z Willow, zazdrosną młodszą siostrą, która wplątuje się w coraz to większe problemy.
„Jedyna” Marisy de los Santos to skomplikowana, ale w miarę lekko, przyjemnym językiem opisana historia odkrywania rodzinnych tajemnic, nawiązywania relacji i naprawiania popełnionych błędów. Dzięki zmieniającym się narratorom w poszczególnych rozdziałach poznajemy szczegóły z przeszłości Taisy i aktualne problemy Willow (które zresztą do małych nie należą), detale ich relacji z bliskimi czy zagmatwaną historię Wilsona. Pozwala to lepiej zrozumieć motywy działania poszczególnych bohaterów, zwłaszcza konflikt między siostrami – Willow nie zna całej prawdy o dzieciństwie siostry, a Taisy zauważa, że destrukcyjne działanie Wilsona powtarza się nawet w wypadku tej „jedynej”, tej lepszej córki, więc usiłuje wytłumaczyć młodszej Willow konsekwencje sytuacji, w jakiej się znalazła.
Chociaż sama konstrukcja książki, motyw przewodni i jego rozwiązanie są naprawdę ciekawe, to powieść czytało mi się ciężko – irracjonalne zachowania Willow i dziecinne zagrywki i jednoczesna nadgorliwość Taisy sprawiały, że co kilka stron odkładałam książkę, żeby trochę ochłonąć; trudno mi sprecyzować, co tak dokładnie sprawiło, że nie polubiłam nowej pozycji Marisy de los Santos - może to właśnie irytujące bohaterki, może po prostu fakt, że książka jest nudna. Na siłę próbowano wpleść w rodzinną fabułę jakąś nutkę grozy, tajemnicę i mroczną przeszłość, ale zrobiono to na tyle nieudolnie, że nie miałam nawet ochoty śledzić, jak Eustacia odkrywa kolejne nieznane karty z życia ojca – nowe informacje pojawiające się w treści nie były wprowadzane w taki sposób, żeby zaintrygować, podsycić ciekawość – podane były po prostu jako kolejne fakty. Zdaję sobie sprawę, że „Jedyna” to nie kryminał, więc większy nacisk słusznie i we właściwy sposób położony został na wątki związanie z relacjami rodzinnymi, przyjaźniami czy emocjami, ale jednak wprowadzenie motywu tajemnicy, w mojej opinii, obligowało autorkę do rozpisania tego wątku w interesujący sposób, niepowodujący u czytelnika niepohamowanego ziewania.
„Jedyna” to obyczajówka, o której łatwo zapomnieć. Po przeczytaniu opisu na tyle okładki oczekiwałam jednak czegoś dużo lepszego.
Ewa Mędrzecka
(ewa.medrzecka@dlalejdis.pl)
„Jedyna”, Marisa de los Santos. Prószyński i S-ka, Warszawa 2016
Komentarze