„Jej chłopak” – recenzja

Recenzja książki „Jej chłopak”.
„Jeśli nie wyjdę za mąż do czterdziestki, dostanie udaru z przejęcia i trzeba ją będzie dobić”.

Tak o swojej matce pisze bohaterka „Jej chłopaka”, czwartej recenzowanej przeze mnie książki Freidy McFadden i nie ma tu cienia przesady. Zarówno trzydziestoczteroletnia księgowa Sydney Shaw, jak i jej rodzicielka doskonale zdają sobie sprawę z tykającego zegara biologicznego tej pierwszej, ale radzą sobie z tym na różne sposoby.

Sydney nałogowo przegląda Cyncha (fikcyjną wersję Tindera dla Nowojorczyków) i daje drugą szansę nawet tym, którzy na żywo zdecydowanie nie wyglądają jak na zdjęciu profilowym. Jej matka dla odmiany pociesza córkę informacjami o tym, komu i w jakim wieku udało się zajść w ciążę i sięga w tych pokrzepiających wiadomościach nawet do źródeł biblijnych (ich rozmowy są krótkie, ale przekomiczne, trochę szkoda, że jedynie na odległość). Po latach randkowych porażek w końcu los przewrotnie uśmiecha się do Sydney. Kobieta w dość dramatycznych okolicznościach poznaje przystojnego lekarza Toma. Tom to pozornie chodzący ideał: bogaty, szarmancki, wykształcony i szczodry. Pozornie, bo z czasem faza sielanki mija i Sydney zaczyna podejrzewać go o posiadanie mroczniejszej strony i powiązanie z serią lokalnych morderstw.

Akcja toczy się dwutorowo. Mamy rozdziały z perspektywy Sydney i Toma, przy czym Sydney opisuje wydarzenia współczesne, a Tom te sprzed mniej więcej 20 lat. Taki podział zwykle dodaje dynamizmu i nie pozwala na nudę, ale tutaj do pewnego momentu trochę irytuje. Przeszłość wypada bowiem znacznie bardziej frapująco, a tu, co rusz, jesteśmy z niej wybijani. Tymczasem „teraźniejszość” na dobre rusza, dopiero gdy wreszcie pozbywamy się otoczki gderliwej literatury kobiecej i dochodzi do zbrodni. Niemniej, kluczenie w poszukiwaniu prawdy zapewnia typową dla autorki porcję rozrywki i lektura mija w szybkim tempie, nawet biorąc poprawkę na fakt, iż ta pozycja liczy mniej więcej sto stron więcej niż „Nie kłam” i „Oddział D”. Gdy już wydaje się, że całość zaczyna składać się w całość, pisarce udaje się zaserwować twist, którego się nie spodziewałam i robi to w taki sposób, że wcale nie czułam zawodu z powodu niepotrzebnego skupienia uwagi na kimś innym.

Muszę jednak wytknąć dwa błędy rzeczowe, które, nie wiem, jakim cudem, nie zostały wyłapane przy redakcji. W początkowych rozdziałach wiek Sydney jest jasno ustalony na 34 lata, a Bonnie, jej sąsiadka, ma być od niej o rok starsza. Tymczasem w mniej więcej 1/3 książki Bonnie niespodziewanie młodnieje o dwa lata. Druga kwestia to Tom, który na jednej randce ochoczo idzie z Sydney za rękę, co ona uznaje za „przesłodki gest”, ale dwa spotkania (niecałe 30 stron) później Sydney z przekonaniem stwierdza, że nie ma co liczyć na trzymanie się za ręce, bo Tom za tym nie przepada. Nie zostaje to uznane za zmianę zachowania, więc mamy do wyboru albo zrzucić to na karb ślepego zauroczenia postaci, albo autorka się trochę zamotała.

W porównaniu z poprzednimi pozycjami Freidy McFadden „Jej chłopaka” oceniam więc jako dobrą, ale nie wolną od potknięć. Moment, w którym na przeciętną Sydney leci trzech facetów na raz, skojarzył mi się z „Pomocą domową”, którą wciąż próbuję wymazać z pamięci. Zabrakło mi również dawkowania napięcia w części współczesnej. Tom jest perfekcyjny, a potem nagle pojawia się mnóstwo podejrzeń. Myślę, że lepiej byłoby wprowadzać je stopniowo, tak, aby czytelnik odkrywał pęknięcia razem z główną bohaterką.

Izabela Fidut

Freida McFadden, „Jej chłopak”, Wydawnictwo Czwarta Strona, Poznań, 2026.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat