Ta książka toczy się dwutorowo, przy czym paradoksalnie każda jej sfera jest ze sobą ściśle powiązana. Oto bowiem przed czytelnikiem staje Joanna Kos-Krauze, która właśnie ukończyła pracę nad swoim nowym, już kilkukrotnie nagrodzonym, filmem "Ptaki śpiewają w Kigali". Film o ludobójstwie w Rwandzie ma także inny wymiar, wymiar reporterski, w którym czytelnik poznaje tło zbrodni. Wraz z kolejnym przeczytanymi linijkami tekstu zyskuje przekonanie, że do samosądów Hutu nad Tutsi dojść musiało. Pozostają pozamykane kościoły, pozamieniane w muzea pełne poranionych ubrań i rozczłonkowanych szkieletów ludzi, którzy poszukiwali ocalenia w kościołach. To one stają się jednocześnie niemym świadkiem zbrodni, na którą świat nie zwrócił początkowo większej uwagi.
Zaledwie 100 dni wystarczyło, aby z powierzchni ziemi zniknął milion mieszkańców. Mieszkańców jednego kraju, ludzi, którzy do niedawna mieszkali obok siebie, żyli, a bardzo często byli nawet jedną rodziną. Dorośli, dzieci, kobiety w ciąży z brzuchami rozpłatanymi maczetami i młode kobiety, a może dziewczynki, które można było dowolnie długo gwałcić, aby na koniec przebić je drewnianym kijem aż po sam mózg.
Pomiędzy opisami niewiarygodnej przyrody, bo w końcu Rwandę nazywa się czasami Szwajcarią Afryki, pojawiają się bardzo szczere rozmowy z reżyserką, która przygotowując się do filmu walczyła o możliwość wspólnego przeżycia choć kilku kolejnych dni wraz z mężem. Pojawiają się pytania o to, co jest ważne w życiu, dlaczego reżyserka dokonała takich a nie innych wyborów. Jest też całkiem sporo o wielkiej miłości, bo to uczucie połączyło dwoje reżyserów, aby następnie zamienić się także w zawodową jedność i spójność. To właśnie z rozmów z Joanną Kos-Krauze możemy poznać kulisy powstawania ich wspólnej pracy, od filmu "Dług", poprzez "Plac Zbawiciela", "Mojego Nikifora" czy "Papuszę" aż po "Ptaki...", do których przygotowywali się przez długie lata.
Nie ma tu żalu, bezsensownego roztrząsania "Dlaczego akurat mnie to spotkało?". Sama Kos-Krauze wyjaśnia, że... w zasadzie: dlaczego nie? Dlaczego, z jakiego powodu, ona miałaby być lepsza niż tysiące innych kobiet, które zostały wdowami? Niż inne osoby, które zostały w taki czy inny sposób pokrzywdzone przez los? Co niby miałoby sprawić, że to jej życie jest takie wyjątkowe? Z jej słów wypływa jakiś spokój, pogodzenie się z losem i... konieczność pójścia dalej. Śmierć męża spotkała ją w zaskakującym momencie, gdy musiała dokończyć film, zdobywając potrzebne zaświadczenia i realizując kolejne sekwencje. I mimo posiadania tych wszystkich papierów; mimo szacunku, jakim Rwandyjczycy darzą wdowy, ona się z niektórych pomysłów wycofuje i robi film nie tyle o samym ludobójstwie, ile o człowieczeństwie. Rwanda stała się, w sensie dosłownym, dla reżyserki drugim domem, w którym sąsiedzi pamiętający grozę ataków sprzed dwudziestu kilku lat muszą jakoś mieszkać obok siebie.
Natomiast wstrząsający jest zapis tego, co w sensie dosłownym pozostaje po człowieku. W plecaku męża znalazły się jakieś gumy, okulary, dokumenty czy karty płatnicze, jakieś nieważne duperele świadczące o tym, że ktoś taki istniał. "Dlatego tak ważna jest pamięć" - puentuje i wywiad i historię ludobójstwa.
Agnieszka Pogorzelska
(agnieszka.pogorzelska@dlalejdis.pl)
Joanna Kos-Krauze, Aleksandra Pawlicka, Jest życie po końcu świata, Wydawnictwo Znak, Kraków 2017 r.
Komentarze