„Jesteś miłością mojego życia” – recenzja

Recenzja książki „Jesteś miłością mojego życia”.
Czytelnik dostaje zlepek pojedynczych obrazków, oddzielnych scen, zapisanych na osobnych, porwanych karteczkach.

„Jesteś miłością mojego życia” Susan Shreve to historia Lucy – ilustratorki i autorki książeczek dla najmłodszych – dokładnie pomiędzy trzydziestką a czterdziestką, w pół drogi między kłopotami a szczęściem.

Jako ośmiolatka Lucy nie dostała szansy, by przeżyć żałobę po samobójstwie ojca. Sprowokowana ucieczką matki, znalazła własny sposób na przeszłość i teraźniejszość: otacza się milczeniem i tajemnicami. Prawdę o niej zna tylko jedna osoba – kochanek i wydawca, Reuben. Kolejny krok, który zrobi Lucy, zdecyduje o przyszłości jej i jej rodziny.

Wbrew zapowiedziom z okładkowych recenzji nie ma w tej powieści wielu kłamstw, a na pewno nie w życiu Lucy. Są za to raczej serie przemilczeń i nieopowiedzianych historii. Są ukrywane głęboko małe i duże tajemnice, a prawie każdy z bohaterów ma swoją własną: dzieci – dziecięcą, młody wdowiec August – uniwersytecką, prawnik badający aferę Watergate i jego żona mają wspólną, a „ośrodek emocjonalny życia codziennego przy Witchita Avenue” – Zee Mallory – tragiczną.

I wreszcie Lucy, córka prominentnego, waszyngtońskiego polityka, która wraca po latach do rodzinnego Waszyngtonu – także ma swoją. Czy może raczej swoje, bo w jej przypadku to nie jedna, ale cały ciąg historii nieopowiedzianych. Jej dzieci nie wiedzą nic o swoim ojcu, sąsiedzi nie znają prawdy o niej, czy ona sama ją zna? Swój zbiór Lucy przywozi teraz do stolicy, do rodzinnego domu, tam gdzie historia się zaczęła i gdzie teraz, za jej sprawą, lawina wydarzeń ruszy ponownie.

Po panicznej ucieczce z huczącego od plotek po samobójczej śmierci ojca Waszyngtonu, Lucy dzieciństwo spędziła wraz z matką nad Rio Grande, w niewielkim miasteczku na wschód od Santa Fe. Nie czując żadnego związku z nowym miejscem, dziewczyna z ulgą wyjechała na studia do Nowego Jorku. Jednak wbrew nadziejom Nowy Jork też nie był rozwiązaniem: dał Lucy miłość, kochanka i dzieci, ale podobnie jak w Nowym Meksyku, tak i tu życie było tylko oczekiwaniem. Na powrót do domu, do Waszyngtonu. Po latach „czekania” Lucy pakuje więc swoją mała rodzinkę – dwunastoletnią córkę Maggie i przedszkolaka Feliksa – i wyjeżdża z Nowego Jorku, by po ponad dwudziestu latach zmierzyć się z niełatwym, ale przecież jej własnym dziedzictwem.

Trochę odosobniona, dorosła już kobieta, która nie czyta gazet – „czasem tylko dział społeczny, czasem kulturalny, nigdy jednak prawdziwych wiadomości” – bo ich nagłówki, informujące o śmierci ojca wyznaczyły kiedyś koniec jej dzieciństwa, wraca teraz do Witchita Hills, dzielnicy amerykańskiej klasy średniej, której imponuje i którą nobilituje bliskość władzy.

W tym zmyślonym przez autorkę zakątku Waszyngtonu możemy obejrzeć wycinek Ameryki początku lat siedemdziesiątych: już wyzwolonej z epoki dzieci kwiatów, ale jeszcze niestabilnej, rozchwianej aferą Watergate, którą próbują uspokoić typowe, amerykańskie housewives. Zarys akcji prezentuje się ciekawie. Jednak kto spodziewa się prawdziwie dobrej opowieści i wnikliwego portretu – będzie rozczarowany.

Książka Shreve to zaledwie przyczynek do portretu. Dobre jest w nim to, że wątki rozwijają się powoli, że momentami czuć zaduch letniego miasta, że słychać trzaskające, nigdy niezamykane na klucz drzwi. Ciekawe jest to, że z kuchni pachną śniadaniowe muffinki, a na gankach toczą się sąsiedzkie pogaduszki i że od początku czujemy sztuczność tej sielanki. Taki szkic daje oczywiście od razu nadzieję na „Fannie Flagg w Waszyngtonie”. Niestety. W przeciwieństwie do powieści artystki amerykańskich obrazków nastrojowych, u Shreve akcja ani nie płynie wartko, ani też nie sączy się leniwie. Sprawnie napisana powieść nie tworzy jednak zwartej całości. Zamiast tego czytelnik dostaje zlepek pojedynczych obrazków, oddzielnych scen, zapisanych na osobnych, porwanych karteczkach. I szkoda, bo mogły to być obrazki bardzo ciekawe. W powieści aż gęsto jest od ważkich tematów, takich jak: aborcja, feminizm, wierność małżeńska, czy walka z rakiem piersi. Wszystkie one zostały do „Jesteś miłością mojego życia” wrzucone, jednak żaden nie doczekał się niczego więcej, poza jedynie zasygnalizowaniem i wzajemnym wymieszaniem.

Najciekawszym wątkiem powieści są relacje między Lucy a Maggi. Dwunastoletnia dziewczynka, zaledwie u progu dorastania, przeżywa swój pierwszy młodzieńczy bunt. Rozgoryczona milczeniem Lucy w sprawach najważniejszych, odmawiając jej prawa do posiadania tajemnic i nie godząc się z jej „osobnością”, ucieka z domu w poszukiwaniu matki idealnej. Amerykańskiej matki idealnej. Takiej, która jest dobrym duchem lokalnej społeczności, uwielbia letnie przyjęcia w ogrodzie i sąsiedzkie pogaduszki na ganku, i której mogłyby jej zazdrościć wszystkie koleżanki w szkole. Nastoletnia Maggie to niewątpliwie jedna z najbardziej wyrazistych postaci tej historii, niestety. Niestety z dwóch powodów. „Jesteś miłością mojego życia” to bowiem jednak książka dla i o dorosłych, a większość z nich nie wytrzymuje konfrontacji z siłą Maggie. I po drugie - nie sprostała tej konfrontacji chyba także autorka, która nie potrafiąc wczuć się w rolę nastolatki, przerysowuje postać aż do granicy sztuczności. Uciekając z domu Maggie reaguje nieadekwatnie mocno i równie nieporadnie Shreve oddaje zachowania dziewczynki. Pierwsze dorosłe rozmowy z matką, jej gesty i słowa muszą być niezręczne i emocjonalne – jak to u dwunastolatki, jednak u Shreve dzieją się jakby na siłę, i są wręcz teatralnie nieprawdziwe. Nie dlatego, że odgrywa je nieradząca sobie z emocjami nastolatka, ale dlatego, że to autorka nie radzi sobie z konstrukcją postaci nastolatki. 

Można mieć też wątpliwości, czy zadowolony będzie ten, kto sięgnie po powieść Susan Shreve, oczekując dobrego, babskiego czytadła. Owszem, książkę czyta się nieźle, ale nic poza tym. Nawet dobrze zapowiadający się wątek miłosny – wbrew pozorom, nie tytułowy – pozostawia  uczucie niedosytu. To zwyczajna historyjka na wiosenne popołudnie, po której wrażenie nie zapadnie w pamięć, ale uleci z wietrzykiem. Ot, taka opowiastka.

Joanna Kopeć
(joanna.kopec@dlalejdis.pl)
Autorka bloga http://frozenpenwarsaw.blogspot.com/



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat