Z autorem znamy się z grupy biegowej Parkrun. Cotygodniowe darmowe biegi na dystansie 5 kilometrów organizowane są na całym świecie. Także w Polsce, w kilkudziesięciu lokacjach, co sobotę o 9 rano można spotkać biegnących i maszerujących uczestników. Co więcej wszystkie spotkania dzieją się wyłącznie dzięki wolontariuszom. Tak właśnie miałam okazaję poznać ponad roku temu Mirka Szymczaka, autora „Jutro jedziemy do dżungli, tam będzie bezpiecznie”. Pewnej soboty oboje robiliśmy zdjęcia biegaczom, potem spotykaliśmy się jeszcze całkiem regularnie w sobotnie przedpołudnia i tak nawziązała się nasza biegowo-wolontariacka znajomość.
Wędkowanie nigdy nie należało do moich zainteresowań. W związku z tym prawdopodobnie nigdy też sama z siebie nie sięgnęłabym po książkę związaną z tym hobby. Muszę jednak przyznać, że w przypadku „Jutro jedziemy do dżungli..” utrwalone wspomnienia z wędkowych wojaży naprawdę robią wrażenie. Głównie z tego powodu (i nie będę tego ukrywać), że są to relacje z wyjazdów dla fanów łowienia, tyle, że odbywających się w bardzo odległych częściach świata. Trafiamy zatem m.in. do Brazylii, Norwegii, na Wyspę Wielkanocną, Karaiby, Północny Atlantyk. Ponieważ drugą czynną pasją jest wspieranie syna w startach trathlionowych Ironman, które odbywają się w wielu miejscach na świecie, a także dzięki licznym podróżom zawodowym, mamy również okazję odwiedzić m.in. RPA, Dubaj czy Hongkong ale także swojski Poznań oraz np. Zamek w Bobolicach.
Niegdyś autor po każdym wyjeździe spisywał dla siebie i znajomych rodzaj relacji, dołączając do niej zdjęcia. Pewnego razu ktoś zaproponował zebranie ich wszystkich w postaci jednej publikacji i tak powstała książka. I z całą pewnością było warto! Autor ma stanowczo dar opowiadania. Przytacza wiele anegdot (łącznie z historią tagu „Józef Tkaczuk tu był!”), ciekawostek geograficznych oraz kulturoznawczych, ale głównie oczywiście własne obserwacje i doświadczenia. Co jest zrozumiałe większość z nich wiąże się z wędkowaniem. Jedną z wielu zabawnych opowieści jest np. historia o udanym połowie, a nastepnie problematycznym, choć jednocześnie wręcz luksusowym w zakresie towaru, rozwożeniu ryb całej rodzinie w różnych częściach Polski. Dla równowagi autor wspomina również wiele naprawdę groźnych momentów. Niektóre były absolutnie chwilami wielkiego ryzyka i poszukiwania opatrzności, inne przeistoczyły się w przygody o bardziej komicznym zakończeniu jak wbicie haczyka od wędki w policzek jednego z uczestników. Co jednak gdy po walce o dopłynięcie do brzegu i odstawieniu kolegi do lekarza, trafiamy na chirurga wędkarza, którego troszkę bardziej od krawiącego pacjenta, interesuje to, co udało się złowić?
„Jutro jedziemy do dżungli, tam będzie bezpiecznie” to bardzo ciepła i sympatyczna książką. Bardzo fajnie napisana, okraszona sporą ilością zdjęć. Dla mnie jako fanki książek reportażowych i podróżniczych (oraz triathlonu), stanowiła naprawdę ciekawą i interesującą lekturę. Jest kroniką wypraw w różnych częściach świata, o bardzo osobistym charakterze. Dobrze napisana, rzeczowo ale też z bardzo prywatnej perspektywy. Wspomnienia z wypraw z przyjaciółmi przeplatają się z tymi z trybun zawodów. I moża tylko zamarzyć żeby samemu poznać te wszystkie miejsca. A wszyscy, którzy wędkowanie uznają za swoje hobby, tym bardziej powinni ją przeczytać. Polecam!
Agnieszka Pater
(agnieszka.pater@dlalejdis.pl)
Mirosław Szymczak „Jutro jedziemy do dżungli, tam będziemy bezpiecznie” Wydawnictwo Poligraf 2020
Komentarze