Piąty tom z serii uwidacznia to jeszcze bardziej. „Oko tygrysa” to historia o niebezpiecznie szybkim rozwoju kariery zespołu, ale także o zatrważających skutkach tego pędu. AURA to grupa dziewczyn, których kariera nabiera zawrotnego tempa. Czy to nie tak wygląda spełnianie marzeń? Nie w momencie, w którym dziewczyny czują się przytłoczone, zagubione i nawet nie kryją zmęczenia. Każda z nich żyje pod ogromną presją z poczuciem, że trzeba ciągle dawać z siebie coraz więcej…
Choć może główny wątek tej części nie należy do najprzyjemniejszych z punktu widzenia bohaterek, ale jest za to bardzo autentyczny. Cukierkowa historia o K-popie i walce z nadprzyrodzonym siłami schodzi na dalszy plan, bo pod tą całą kolorową otoczką mamy całkiem sensowną lekcję o tym, że nawet spełnianie marzeń może być bardzo obciążające i pełne wyrzeczeń. To właśnie w tym miejscu powieści od Finch dziewczyny zaczynają przekonywać się, że sukces to nie tylko pełnia szczęścia. To lekcja o tym, że czasem należy odpuścić, zwolnić i najzwyczajniej w świecie odpocząć.
Powrócę jednak na chwilę do samej treści, bo nie chciałabym zaniepokoić fanów fantastyki. Niezmiennie dla tej serii i w tej części pojawiają się zjawiska nadprzyrodzone – duchowe zwierzęta: tygrys i czarna sroka. Czytając te fragmenty, wewnętrznie dodawałam dziewczynom otuchy „no to teraz będzie już łatwiej!”, cóż… nie było, bo w tle czaił się potężny cień. Nie jestem fanką czystej fikcji, lecz tutaj bardzo podoba mi się połączenie zwyczajnych problemów nastolatek z czymś zupełnie nadnaturalnym. To zabieg, dzięki któremu historia wciąż pozostaje lekka, fabuła zaś jest dynamiczna i bardzo intensywna.
Mina Finch nie zaskoczyła długością tego tomu. Autorka oferuje nam krótkie rozdziały, szybką akcję i bardzo prosty, przystępny styl. „Oko tygrysa” ma 144 strony, jeden lub dwa wolne wieczory z dobrą herbatą wystarczą, aby wspólnie z AURĄ prześledzić dalsze losy jej członkiń. I umówmy się, zdecydowanie nie jest to zarzut w stronę twórczyni – ona doskonale pamięta, dla jakiej grupy wiekowej kieruje swoje treści, wie, że taka forma się sprawdza. Historia nie stoi w miejscu, nie ma długich opisów i nie trzeba czekać kilkudziesięciu stron, żeby coś zaczęło się dziać.
Jest dynamicznie i wartko, trochę brakuje za to emocji, rozmów i bardziej rozwiniętych wątków. Sam pomysł na książkę był i wciąż jest bardzo ciekawy, bohaterki są sympatyczne i naprawdę da się je polubić, a nawet w pewnym sensie zżyć z tą grupką, niemniej prosty styl i krótkie historie sprawiają, że książki mogą nie do końca odpowiadać oczekiwaniom nieco starszych odbiorców. Ale hej! Nie oznacza to, że niezależnie od wieku, nie można się przy nich dobrze bawić!
Mina Finch bardzo dużo uwagi skupia na przyjaźni. Dziewczyny mogą się ze sobą nie zgadzać (to wręcz naturalne, że w grupie zdarzają się odmienne zdania), mogą mieć własne ambicje i słabsze momenty, ale ostatecznie muszą nauczyć się współpracować, ufać i polegać na sobie. Jest to największą wartością „K-Pop Academy”, bo gdy gasną światła na scenie, tłum fanów milknie, pozostaje zespół. Grupa, w której nie trzeba wszystkiego robić samemu, a proszenie o pomoc nie oznacza słabości.
Dla mnie „Oko tygrysa” jest przede wszystkim lekką, szybką i przyjemną kontynuacją. Bez dwuznacznego przesłania czy ukrytego przekazu, ale chyba też nie taki jest jej cel. To historia dla młodszych czytelników, którzy lubią K-pop, przyjaźń, szkołę i odrobinę magii.
Klaudia Dydymska
Mina Finch, „K-Pop Academy. Oko tygrysa”, Wydawnictwo Jaguar, Warszawa, 2026.
Komentarze