Jest to 32. część cyklu „Świat Dysku” i zarazem 3. książka z tej serii skierowana do młodszych czytelników. Powieść ta jest drugą częścią podcyklu o Tiffany Obolałej, która w tym tomie, jak dowiadujemy się z opisu wydawcy, jest gotowa rozpocząć naukę czarownictwa. Spodziewa się zaklęć i magii – niekoniecznie nudnych prac domowych i złośliwych kóz. Tiffany nie wie, że podąża za nią podstępna istota. Jak skończy się ta historia?
Tytuł ten wydano w estetyce bardzo podobnej do reszty wznowionych tomów, a więc w kolorystyce stonowanej, z nieprzeładowaną grafiką. Wydanie odznacza się elegancją, więc nie wygląda jak typowa książka dla dzieci.
Fabuła jest prosta, lecz i tak wciągająca. Zwroty akcji i to, jak bohaterowi są wręcz bombardowani najróżniejszymi kłopotami, w pewnej chwili może wydać się nieco schematyczne, ale wynagradza to komizm sytuacyjny i zabawne dialogi. Pojawia się w nich ironia, choć ogół jest o wiele mniej sarkastyczny i cięty od większości publikacji Prachetta. Do tego morał, jaki płynie z książki, jest wręcz wykrzyczany. To jednak jak najbardziej zrozumiałe i uzasadnione ze względu na grupę docelową: dzieci. Stąd też mniej dwuznaczności oraz więcej wyjaśnień przyczyn i skutków również nie stanowi wielkiej wady, mimo że może pozostawiać niedosyt w dojrzalszych czytelnikach.
W tytule poznajemy i ponownie spotykamy się z całym mnóstwem postaci. Wśród tych z innych tytułów ze Świata Dysku wystąpiła Esme Weatherwax. Lubię ją z cyklu o wiedźmach, jednak w „Kapeluszu pełnym nieba” miała w sobie coś denerwującego, gdy ciągle wracała w roli swego rodzaju stróża głównej bohaterki. Mimo to wyraziste postacie są mocną stroną tytułu, jak zawsze zresztą u Prachetta. Budzą wiele emocji, bawią i śmieszą, a także są po prostu bardzo sympatyczne. Mają wady, które często są powodem zabawnych sytuacji, ale często też sprawiają, że wydają się przez to bardziej realne (mimo całej magicznej otoczki).
Choć nie jest to czysta esencja prachettowskiego pisarstwa, uważam ten tytuł za udany. Zabawny, niosący pewną mądrość i po prostu umilający czas. Brakowało mi trochę specyficznego, satyrycznego tonu Prachetta, lecz rozumiem, że autor celował w inną niż przeważnie grupę czytelników. Polecam więc oczywiście wszystkim fanom Prachetta i fantastyki, ale przypominam, że to nieco inna twarz autora. Zdecydowanie warto podsunąć tę książkę dzieciom, by miały okazję zakochać się w tym oryginalnym stylu.
Kinga Żukowska
Terry Pratchett, „Kapelusz pełen nieba”, Wydawnictwo Prószyński i S-ka, 2026.
Komentarze