Są takie książki, o których wiemy, że musimy je przeczytać na długo przed pojawieniem się zapowiedzi tłumaczenia. Nowe informacje śledzimy z wypiekami na twarzy, a kiedy dowiadujemy się, że planowana jest ekranizacja, zaczynamy martwić się, że nie zdążymy dorwać pierwowzoru, zanim trafi na ekran monitora. Tak właśnie było w moim przypadku z „Kasztanowym ludzikiem” Sørena Sveistrupa.
Tego nazwiska nie trzeba przedstawiać fanom seriali kryminalnych, ponieważ mówimy o twórcy wyśmienitej duńskiej trylogii „Forbrydelsen” (wydawca upiera się przy stosowaniu „The Killing”, co może wprowadzać w błąd z racji istnienia amerykańskiej przeróbki o takim właśnie tytule). Mimo iż od zakończenia produkcji minęło kilka dobrych lat, wciąż mam w głowie utwór muzyczny towarzyszący coodcinkowym zwrotom akcji i pełne napięcia składanie w całość podsyłanych widzom informacji. Sveistrup dokonał w moim przypadku niemożliwego, mianowicie przedstawił znienawidzony świat polityków jako pełnokrwistych, błądzących, ale i wzbudzających sympatię ludzi. Przystępując do lektury „Kasztanowego ludzika” nie nastawiałam się na poznanie drugiej Sary Lund, bo jest to postać bezkonkurencyjna. Liczyłam na ciekawe postaci i porządną, wielopoziomową intrygę. Moje oczekiwania w dużym stopniu zostały spełnione.
Punktem wyjścia jest morderstwo matki, której odcięto rękę. Nad jej ciałem zawieszono figurkę kasztanowego ludzika, a na niej technicy odkrywają odcisk palca uznanej za zmarłą córki minister spraw społecznych. Śledztwem ma zająć się para niedobranych partnerów, czyli pragnąca przeniesienia do innego wydziału Naia Thulin i Mark Hess, banita z Europolu. Z tej dwójki zdecydowanie lepiej zarysowanym bohaterem jest Hess, o Nai mogę powiedzieć tylko tyle, że jest ambitna i uparta. Uwielbiam hessowski humor i przebłyski geniuszu pomieszane z absurdalnymi pomysłami, jak malowanie mieszkania w środku nocy. Wydaje mi się, że ta postać jest wręcz stworzona dla Nikolaja Lie Kaasa i pewnie początkowo będę mieć spory problem, jeśli castingowcy Netflixa wybiorą kogoś innego. Nie do końca przekonuje mnie jednak dynamika tej relacji. Wszystko dzieje się zdecydowanie za szybko, przez co trudno uwierzyć, że zaledwie miesiąc znajomości spędzonej głównie na styczności z naprawdę ciemną stroną ludzkiej natury zbliżyłby ich do siebie w tym stopniu.
Jeśli chodzi o sam wątek kryminalny, to jest to dość zabawne, ponieważ sprawcą okazał się pierwszy i w zasadzie jedyny typowany przeze mnie człowiek. Być może było to zestawienie retrospekcji z jego sceną wprowadzającą, a może to, że jego imię często padało lub nasuwało mi się w kluczowych momentach. Fakt ten nie odebrał mi jednak przyjemności związanej z odkrywaniem złożoności motywu, ponieważ autor tradycyjnie pokusił się o nadanie opowiadanej historii głębszego wymiaru psychologiczno-społeczno-politycznego. Odpowiedź na pytanie „kto?” nie jest więc, jak to zwykle bywa, rozwikłaniem zagadki, a jedynie preludium do jej rozwinięcia.
„Kasztanowy ludzik” to klimatyczna powieść z dreszczykiem idealna na długi, jesienny wieczór. Język jest plastyczny, rozdziały krótkie i wciągające, dzięki czemu tempo wydarzeń pomimo sporych rozmiarów książki nigdy nie spada poniżej akceptowalnego poziomu. Jeśli ostatni rozdział ma być wstępem do kolejnej części, to już ostrzę zęby na jej lekturę.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
Søren Sveistrup, „Kasztanowy ludzik”, Warszawa, Wydawnictwo W.A.B., 2019 r.
Komentarze