Elina Backman, z wykształcenia kulturoznawczymi, z zawodu dyrektorka kreatywna i copywriterka, zadebiutowała w Finlandii w zeszłym roku, zdobywając dwie nagrody. Sukces krajowy sprawił, że „Kun kuningas kuolee” doczekała się również polskiego tłumaczenia jako „Kiedy umiera król”.
Pod mroczną okładką wbrew pozorom kryje się powieść osadzona, co prawda fińskim, a więc mało przewidywalnym, kapryśnym i krótkim, ale jednak latem, a właściwie dwoma, tym z roku 1989 i 2019. W retrospektywnej osi narracyjnej obserwujemy wydarzenia oczami Heleny, nastolatki wchodzącej w okres buntu przeciwko utrzymywanym od lat pozorom bycia niewinną i grzeczną dziewczynką.
W roku 2019 protagonistami są Saana, niedawno zwolniona z pracy dziennikarka, która postanawia naładować akumulatory wakacjami u ciotki oraz Jan, policjant zajmujący się morderstwem mężczyzny naznaczonego wypalonym w miejscu intymnym znakiem. Z czasem znudzona lenistwem Saana postanawia przyjrzeć się zagadkowej śmierci Heleny, mając nadzieję, że amatorskie śledztwo pozwoli jej rozwinąć skrzydła i raz na zawsze pożegnać pisanie trywialnych artykułów do Internetu. Jak łatwo się domyślić, obie sprawy okazują się ze sobą powiązane.
Zasiadając do ponad pięciuset stronicowej lektury, po półtora miesięcznej przerwie od kryminałów, liczyłam na co najmniej dobrą intrygę doprawioną dawką typowo fińskiego humoru. Tego drugiego zdecydowanie zabrakło, postać z największym potencjałem na jego źródło, czyli pan patolog, pojawia się zaledwie w kilku scenach. Podobnie jest z początkowo dość mocno sugerowanymi inspiracjami folklorystycznymi, które kończą jako nietypowy ozdobnik. Wątek kryminalny nie jest zły, ale myślę, że mógł być bardziej mięsisty, a sam sprawca trudniejszy do odgadnięcia. W pewnym momencie w ogóle rytualne mordy zdają się schodzić na dalszy plan, bo pierwsze skrzypce zaczyna grać… element romantyczny.
Stylistycznie pojawiają się niewielkie zgrzyty. W niektórych miejscach zdania brzmiały dziwnie, w jednym przypadku do tego stopnia, że na koniec byłam przekonana, że jest duża dziura w fabule, bo jedna kobieta opisała zaginioną jako „chyba uciekła (…) ale (…) przyjeżdżała tu jeszcze potem”. Co więcej, autorka bardzo lubi rozbudowane opisy, również te dotyczące dość błahych kwestii, co sprzyja kreowaniu małomiasteczkowej, sennej atmosfery, ale również nie pozostaje bez wpływu na tempo rozwoju akcji.
Rozpoczynając czytanie, byłam nastawiona na zamkniętą historię, jednak ilość miejsca poświęcona zgłębianiu myśli i relacji głównych bohaterów wyraźnie sugeruje, że zapowiadane na okładce „Kiedy znikają ślady” będzie kontynuacją losów Jana i Saany. Są to postaci sympatyczne, chociaż czasem zachowują się nieco infantylnie, szczególnie Saana. Wydawało się, że kupiła mnie już na wejściu, gdy zachwycała się serialowym „Dochodzeniem”, ale sekundę później okazało się, że chodziło jej o amerykańską przeróbkę, nie duński majstersztyk.
W ostatecznym rozrachunku stwierdzam, że, „Kiedy umiera król” miało sporo potencjał, ale nie do końca go wykorzystało. Mimo iż książka nie mrozi krwi w żyłach, ratuje ją dobrze wykreowany klimat małej miejscowości, w której wszyscy wszystkich znają, jednocześnie skrywając tajemnice.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
Elina Backman, „Kiedy umiera król”, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa, 2021r.
Komentarze