Emma nie planowała wyprowadzać się z Anglii, jednak polska krew, płynąca w jej żyłach za sprawą ojca-emigranta sprawiła, że to właśnie nad Wisłą trzydziestoletnia była policjantka postanowiła zbudować na nowo swój świat. Gdyby przed laty jej ojciec Florian Duda nie obraził pewnego Żyda w samolocie lecącym do Wielkiej Brytanii, a potem nie został zatrudniony jako jednorazowy szofer, prawdopodobnie Emma nie musiałaby się dziwić, że w Polsce podszczypywanie koleżanek z pracy i czynienie im niejednoznacznych uwag uchodzi na sucho. A nie musiałaby się dziwić, bo nie byłoby jej na świecie, jej matka Gloria być może poznałaby równie lodowatego jak ona angielskiego gentlemana, podczas gdy ojciec nie musiał się mierzyć z nieszczelnymi oknami w kraju, w którym nie ma ani jednego ciepłego domu.
Z kolei gdyby Ben tej jednej nocy nie zdecydował się zaprosić do swojego łóżka Monty Kolaczenko, być może sama Emma byłaby typową „żoną przy mężu”, gotującą, piorącą i sprzątającą, zamiast trzydziestoletnią wariatką szukającą szczęścia w kraju, w którym ludzie piją wódkę bez skrzywienia. Jednak wtedy nie spotkałaby Borysa, a ten nie mógłby przez długie miesiące odkrywać w niej przyjaciółki, której zwierzał się z trudnego związku ze wschodzącą gwiazdą ekranu. Z kolei być może Dagmara, gdyby dostrzegła wcześniej sympatię rodzącą się między narzeczonym i przygarniętą z ulicy Angielką nie zostałaby zatrudniona do filmu. A gdyby...
Książka „Kilka szczęśliwych przypadków” powinna mieć podtytuł „A gdyby...”. Magdalena Zimny-Louis w niezwykle zręczny sposób bawi się historiami, dopisuje nowe sceny do istniejącego już scenariusza, zmieniając w ten sposób cały bieg historii. Jednak mimo pozornej przypadkowości i pewnej chaotyczności w przystawianiu losów poszczególnych bohaterów autorka kreśli bardzo precyzyjny, szczegółowy plan ścieżek, które doprowadziły ich do momentu, w którym się znajdują. Przez pierwsze kilkanaście stron można odczuwać pewien dyskomfort, nie mogąc połączyć losów małego Jose Torresa, który kłóci się z siostrą, z losami trzech polskich wyrostków, próbujących podporządkować sobie lokalną, angielską społeczność. I jeszcze trzeba w tym wszystkim znaleźć miejsce dla Monty - prostytutki z Europy Wschodniej, Malcolma, którego zgubił jeden błąd czy Mariana, który regularnie wzywa do swojego gabinetu panią Alę. Gdy jednak zacznie się dostrzegać subtelne powiązania między historiami, można delektować się książką spod znaku teorii efektu motyla.
„Kilka szczęśliwych przypadków” to również humorystyczna, momentami bardzo ironiczna próba okpienia narodowych stereotypów, które zbyt często determinują nasze postrzeganie „obcego”. Dlatego Emma dziwi się otwartości ludzi, którzy w Anglii zostaliby uznani za niespełna rozumu. Z kolei Florian nie potrafił pojąć, dlaczego ludzie nie mówią o tym, co naprawdę czują. Zabawnych sytuacji, gdy jedna ze stron popisuje się wręcz koncertową niewiedzą i ignorancją jest więcej, jednak jeśli macie dystans do własnego kraju, to dostrzeżecie, że pewna hiperbola ma uwydatnić komiczny aspekt niektórych sytuacji. Po prostu – śmiejmy się z samych siebie!
Magdalena Zimny-Louis napisała przyjemną książkę o tym, jak bardzo nieprzewidywalny bywa los, a jedna decyzja potrafi odmienić życie wielu ludzi. Ale przede wszystkim to sympatyczna historia o zwykłej ludzkiej życzliwości, która pokazuje, jak los potrafi uśmiechnąć się do osób na co dzień uśmiechających się do bliźnich. Lekka, zabawna, dodająca otuchy – idealna książka, by wrzucić do torebki i poczytać na ławce w parku!
Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)
Magdalena Zimny-Louis, „Kilka szczęśliwych przypadków”, Warszawa, Prószyński i S-ka, 2014
Komentarze