Od mojego pierwszego spotkania z prozą Katarzyny Bondy, minęło już dobre kilka lat. Nigdy nie ciągnęło mnie do książek tej autorki, nie będę ukrywać, że wydawały mi się po prostu przereklamowane. Zwyciężyła jednak ciekawość, ponieważ powieści kryminalne, w których główną postacią jest profiler, są czymś, co bardzo lubię. Niestety, pierwsza część serii z Hubertem Meyerem, czyli „Sprawa Niny Frank” nie spodobała mi się. Po niemalże dekadzie od jej przeczytania znów zdecydowałam się dać szansę sprytnemu psychologowi i sięgnęłam po piątą część serii, czyli najnowszą powieść autorki.
„Klatka dla niewinnych” porusza sprawę morderstwa Róży Englot oraz cały splot kolejnych wydarzeń, zabójstw i zaginięć, które okazują się być ze sobą bardzo ściśle powiązane. Hubert Meyer na prośbę swojej byłej „przyjaciółki” prokurator Weroniki Rudy przyjeżdża do Warszawy, aby pomóc jej w śledztwie. Profiler działa niezbyt ostrożnie, szybko narażając się osobom wciągniętym w tę sprawę i dając z łatwością wciągnąć się w kręg podejrzanych. Prócz standardowych dowodów w śledztwie, w sprawie istotne znaczenie wydaje się mieć także klucz znaleziony na szyi Róży Englot, jednak bardzo szybko okazuje się, że Hubert i Weronika nie powinni ufać nikomu.
Po rozpoczęciu lektury dość szybko się w nią wciągnęłam, pozytywne wrażenie zrobił na mnie też sam warsztat autorki i jej styl pisania. Zastanawiałam się nawet przez chwilę, że w sumie to, co ja od tej Bondy chciałam, przecież całkiem dobrze pisze. No właśnie, co by tu mogło mi nie pasować? W zasadzie to samo, co w większości kryminałów, które ostatnio czytałam. Pomysł na fabułę jest dość ciekawy, nie przeczę, a sama narracja, jak już wspomniałam, prowadzona jest płynnie i ciekawie. Niestety, jednak po raz kolejny zirytowało mnie nadmierne rozcieńczanie treści. Rozumiem, iż książki w których mamy opisane śledztwo, będą w dużej mierze zapiskiem pracy dziennikarza i nie sposób pominąć w nich chodzenia, węszenia i rozmów, pytanie tylko, czy autor lub autorka wie, gdzie są granice?
Powieść ta w trybie ekspresowym zaczęła mnie zwyczajnie nudzić. Z drugiej strony w samą historię morderstwa się wciągnęłam i byłam bardzo ciekawa rozwiązania zagadki, więc zmuszałam się, aby czytać dalej. Skutecznie jednak zniechęcały mnie jałowe rozmowy oraz zaskakujące zwroty akcji, które wcale zaskakujące nie były. Wydaje mi się, że od autorki tak poczytnych kryminałów mam prawo wymagać nieco więcej, a tutaj wiele wątków, jak na przykład to, kim jest Hera, jest oczywiste, prawie że od samego początku powieści.
Nie wiem, czy jest to typowe dla prozy autorki, ale dużym problemem jest tutaj także chaotyczna i dość mało logiczna fabuła. „Klatka dla niewinnych” jest też po prostu dość nudną książką, bo niewiele się w niej dzieje. Autorka skupiła się na dialogach i innej czczej gadaninie, z której nic nie wynika i brakuje tutaj dynamicznej akcji, która nie pozwoliłaby mi się oderwać od lektury. Mam wrażenie, że wielu autorów szuka teraz czegoś nowego, świeżego i stąd mamy tutaj wplątanie w fabułę świata domów BDSM i wątki o lekkim zabarwieniu erotycznym. To jednak nie ma szans wypalić, kiedy nie da się ukryć, że sama autorka totalnie tego nie czuję. To tak jakby na chybił-trafił wylosować o jaki temat wzbogacę kolejny taki sam, nudny kryminał, żeby choć trochę odróżniał się od innych, ale przecież to tak nie działa.
Trochę mi szkoda oceniać „Klatkę dla niewinnych” tak nisko, bo nie ukrywam, że pod względem językowym i stylistycznym, ma ona jak najbardziej potencjał. Jednak po raz kolejny kończę lekturę z podobnym wnioskiem – szkoda, że popularni autorzy idą teraz na ilość, a nie na jakość, rozmieniając się na drobne. Zamiast zmniejszyć tempo wydawanych książek i sprawić przyjemność czytelnikom czymś dobrym, po raz kolejny dostajemy złożony na szybko fast-foodowy burger, bez smaku, ale za to w ładnym papierku i ze znanym logo.
Joanna Adamski
(joanna.adamski@dlalejdis.pl)
Katarzyna Bonda, „Klatka dla niewinnych”, Muza SA, Warszawa, 2021
Komentarze