Generalnie nie przepadam za tematyką mafijną, ale tym razem osadzony w tych klimatach pomysł na książkę zaintrygował mnie na tyle, że postanowiłam dać szansę „Klinerowi” Adama Dzierżka. Czy warto było wyjść ze strefy komfortu, czy też nie mogłam się doczekać, by do niej powrócić?
Nietypowo nigdy nie poznajemy prawdziwego imienia i nazwiska naszego tytułowego bohatera. Każdej napotkanej osobie podaje inne personalia, w większości zaczynające się na literę k tak jak kliner, czyli określający go na wiele sposobów wykonywany zawód. Kliner pracuje jednak nie tylko w biurowcach, ale również w ramach tak zwanych doróbek jeździ na miejsca zbrodni, aby sprzątać je z ciał, krwi i wszelkich pozostawionych przez sprawcę śladów. Tutaj warto zaznaczyć, że w większości przypadków zleceniodawca czeka na jego przyjazd i pozostaje na miejscu przez cały czas trwania wykonywania usługi z wyjątkiem ostatecznego pozbycia się zwłok. Zdecydowanie nie jest to fucha sprzyjająca byciu duszą towarzystwa. Jedyną rzeczą, która wyrywa naszego protagonistę z podszytego bezsennością marazmu, jest obserwowanie sąsiadki, w której dostrzega pokrewną i równie samotną duszę. Czy istnieje możliwość uwolnienia się od tak makabrycznego zajęcia i wyjścia na prostą?
Autor wprowadza nas w okrutny świat morderstw, porwań, gwałtów, porachunków i handlu żywym towarem. Atmosfera jest gęsta i rzadko pojawia się w niej coś więcej niż iskierka nadziei, może z wyjątkiem ironicznych tekstów typu „Gość stanowi zagrożenie dla społeczeństwa większe niż TikTok czy obecny rząd”. Sporo czasu spędzamy w głowie Klinera, który zdaje się być dla siebie swoim największym wrogiem do czasu, aż sprawy zupełnie wymykają się spod kontroli. Niektóre kwestie bardzo łatwo złożyć w całość. Daty i lata niemalże od razu wydają się nazbyt zbliżone, aby mogły pozostać dziełem przypadku. Fakt pojawienia się pewnego różowego przedmiotu łatwo połączyć z innymi wątkami wcześniej, niż zrobi to nasz bohater. Nie byłoby to może rażące, gdyby w innych sytuacjach nie robił on również za speca od rozpoznawania ludzi po zapachu, zastraszania, a pod koniec nie zamienił się w prawdziwą machinę do zabijania.
Jest to moje pierwsze spotkanie z twórczością Adama Dierżka, więc nie wiem, czy jest to typowy dla niego styl, ale w „Klinerze” jest naprawdę dużo porównań. Chwilami miałam wrażenie, że co drugie zdanie zawiera słowo „jak”. Niemniej, tekst czyta się wystarczająco szybko, aby nie mówić o nudzie. Nie ma owijania w bawełnę, wszystko wydaje się rozgrywać w krótkim czasie i utrzymywać stałe, szybkie tempo. Tuż przed finałem otrzymujemy również znaczące retrospekcje, które wyjaśniają szerzej więź między bohaterami i to, jak Kliner stał się tym, kim jest obecnie.
Przy ekranizacji „Klinera” pewnie bardzo łatwo można byłoby zamienić tę książkę w typowy film akcji, gdzie w pewnym momencie po prostu zaczynamy wszystko akceptować takim, jakie jest. Doceniam jednak, że autor starał się, aby historia miała nieco więcej głębi i trafiła nie tylko do fanów thrillerów, ale również tych, którzy z jakichś powodów czują, że utknęli na marginesie życia i społeczeństwa.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
„Kliner”, Adam Dzierżek, Wydawnictwo Initium, Kraków, 2025.
Komentarze