Kły, pazury i seks

Recenzja książki "Wschodzący księżyc".
Półki księgarń lada moment zawalą się pod naporem romansów wilkołaków, wampirów i upadłych aniołów. Po Stephanie Meyer nastał istny boom na powieści w ten czy inny sposób przypominające „Zmierzch.”

W przypadku książki Keri Arthur, oceniając ją po okładce, łatwo można się pomylić co do tego, że chodzi o ten sam gatunek paranormalnego romansu. „Wschodzący księżyc” nie tylko został napisany rok wcześniej, ale też śmiało można go określi mianem anty-„Zmierzchu”, bo choć rzeczywiście mamy tu wilkołaczo-wampirze romanse, to bynajmniej nikt nie czeka z seksem do ślubu.

Seks, seks i jeszcze raz seks. To niemal główny wątek tej powieści. Bohaterka cyklu „Zew nocy” Riley Janson, jest w połowie wilkołakiem, a w połowie wampirem, a w świecie stworzonym przez Keri Arthur wilkołaki prze cały tydzień, kiedy księżyc dochodzi do pełni, czują dziką potrzebę uprawiania seksu. Pech chce, że właśnie na samym początku tego feralnego, lub jak kto woli bardzo szczęśliwego tygodnia, brat Riley zostaje porwany. I tak staje ona przed bardzo trudnym zadaniem – musi go odnaleźć, rozwiązać intrygę, w którą została wplątana, nie dać się zabić dziwnym kreaturom, które czyhają na jej życie, a przy okazji zaspokajać swoje nienasycone potrzeby seksualne. Ufff, wierzcie mi, że dziewczyna będzie musiała się napracować...

Fabuła, jak na książkę, której główna bohaterka ciągle myśli i mówi o seksie, po czym wciela ta ideę w życie, jest nawet całkiem ciekawa. Genetyczne modyfikacje, klonowanie, eksperymenty ze stworzeniem superosobnika posiadającego najlepsze cechy wszystkich ras  są całkiem intrygujące, zwłaszcza, że w trakcie śledztwa okazuje się, że sama Riley została wciągnięta w te kwestie o wiele głębiej, niżby mogła podejrzewać... Według mnie, niestety, wątek erotyczny przesłonił tu całą fabułę, bo pomysł autorki jest niezły i szkoda, że go nie rozwinęła. Jedyne, co może ją usprawiedliwić to to, że „Wschodzący księżyc” jest pierwszym tomem z całego cyklu i liczę na to, że w kolejnych książkach będzie więcej akcji, a mniej „momentów”. Chociaż nie wątpię, że ktoś może mieć inne zdanie...

Wiele kwestii tu szwankuje, a już zwłaszcza dialogi. Jednak jeśli komuś niestraszne kły, pazury i seks, polecam, bo romantyczna miłość, nieśmiałe pocałunki i westchnienia do księżyca... to nie ten adres.

Aleksandra Buba
(aleksandra.buba@dlalejdis.pl)

Keri Arthur, „Wschodzący księżyc”, Instytut Wydawniczy Erica, Warszawa 2011



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat