Czasem projektuje kogoś całkiem odmiennego, osobę, którą chciałaby być. Chudszą? Piękniejszą? Innym razem odkrywa wszystkie swoje niedoskonałości, wyolbrzymiając każdą fałdkę i zmarszczkę. Potrafi także zmienić się w krytyka, znającego wszystkie swoje zalety i wady, żonglując nimi zależnie od nastroju i fazy cyklu. Trzy kobiety z najnowszej powieści Erica-Emmanuela Schmitta niekoniecznie potrzebują lustra, by dostrzec, kim tak naprawdę są. Przeglądają się w oczach ludzi wokół, w przyrodzie, w swoim wnętrzu. Próbują odnaleźć swoje przeznaczenie.
Każda z nich wyróżnia się z tłumu. „Nikt mnie nie rozumie. (…) Bo jestem inna.” – mówi Anne Braindorowi. Odczucie to wzmaga się, odkąd rozbite zwierciadło stało się znakiem, że ślub z narzeczonym się nie odbędzie. Anne z ulgą ucieka przed narzeczonym, nie mając ochoty na zamążpójście. Zaczyna wierzyć, że to, co dzieje się wokół, rozmowy z przyrodą, szczególnie wilkiem, mają konkretne imię, które z biegiem czasu układa się w trzy litery: Bóg, nie posiadając paradoksalnie nazwy. „Dzban, do którego wkłada się kwiaty, nie wie, jak wygląda bukiet.” – dopowiada Braindor…
Hanna sama stwierdza: „Spodziewam się, że mam jakąś wrodzoną wadę. Odkąd pamiętam, czułam się inna.” Pomimo niechęci do posiadania dzieci i nagonki na młodą małżonkę, której brzuch jest bacznie obserwowany przez znajome ciotki oraz wielmożną rodzinę męża – Waldbergów, wreszcie dołącza z radością do „armii rozpłodnych samic.”.Ale czy naprawdę tego chce? Czego dowie się na seansach u doktora Caligari, rozpowszechniającego na początku XIX wieku metodę psychoanalizy?
Anny najbliższa jest naszym czasom. To współczesna aktorka, która żyje kalifornijskim „american dream”, grając główne role w hollywoodzkich filmach. Na swój sposób jest inna, odróżnia się od statystów, nie tylko tych filmowych, ale też tych, za których uważa większość ludzi. Czerpie z życia, zdawałoby się, wszystko. Narkotyki rozszerzają jej źrenice, ona bardzo chętnie przed nieznajomymi rozszerza nogi. Mężczyzny, którego widziała nago, nie ma sensu się obawiać. Ale czy nie powinna bać się przede wszystkim siebie?
Czytając biografię autora, trudno oprzeć się wrażeniu, jak wiele śladów siebie pozostawił w powieści. Może to on, podobnie jak Hanna siada przed nami na kozetce u psychoanalityka? Zresztą postać Freuda nie pojawia się bez przyczyny. Autor poszukuje sensu, głębi w człowieku. Będąc po lekturze Nietzschego, Kierkegaarda, Freuda, a przede wszystkim Pascala, został pchnięty w stronę agnostycyzmu. Jednak po mistycznym wydarzeniu w górach Hoggar, gdzie jakoby doznał istnienia Absolutu, zaczął odnajdywać w swoich tekstach siebie. Część osobowości spojona z poszukiwaniem Boga wydaje się połączona z historią Anne. Zaś Anny, związana z filmem, to ślad flirtu autora ze światem kina, który rozpoczął się w 2000 roku od ekranizacji Le Libertin. A koniec jej historii to także fragment biografii Schmitta…
Autor, pełen sprzeczności, z poczuciem swojej inności (postura nie korespondowała z tym, co czuł w środku, trenowanie boksu – z lekcjami gry na fortepianie), przewrotnie zamknął siebie w trzech bohaterkach. Po wspaniałych dramatach oraz opowiadaniach, postanowił pokusić się o powieść, która jest efektem doskonalenia jego kunsztu pisarskiego przez 15 lat! Wydaje się, że po tytułowej drugiej stronie lustra stoi właśnie autor. Czyżby?
Iwona Kusiak
(iwona.kusiak@dlalejdis.pl)
Eric-Emmanuel Schmitt, „Kobieta w lustrze”, Znak, Kraków 2012
Komentarze