Niektóre filmy powinny kończyć się kilka, kilkanaście minut wcześniej. Podobnie książki – niektóre opowieści powinny zostać przerwane, by czytelnik uniknął rozczarowania słabym zakończeniem. Moim zdaniem lepiej zostawić go z odrobiną niepewności niż pozwolić, by ostatnie strony czytał już tylko z wewnętrznego przymusu dotarcia do końca. Niestety, Krystyna Śmigalska ostatnimi kilkudziesięcioma stronami przysłowiowo strzeliła sobie w kolano.
A zapowiadało się naprawdę dobrze. Marta i Marek Grawerscy nie kochają się – on chce mieć młodą, piękną żoneczkę, z którą może brylować na salonach, ona związała się z nim dla pieniędzy i pozycji. Dlatego teraz, rozczarowana brakiem zainteresowania ze strony męża i jego porywczością, postanawia wdać się w romans, dzięki któremu zapomni o czekającym w domu brutalu. Wszystko idzie jak z płatka – potencjalny kochanek zgadza się na wspólny wyjazd, by oddawać się rozpuście z niewierną małżonką. Niestety, w drodze okazuje się, że Piotr, który miał być wybawieniem dla znudzonej, zmęczonej małżeństwem młodej kobiety, tak naprawdę nie jest przypadkowym mężczyzną, który po prostu miał ochotę na romans. Wspólna podróż okazuje się początkiem zaplanowanego porwania.
Odurzona Marta spędza w zamknięciu kilka dni, podczas których porywacze kontaktują się z jej mężem, by zażądać okupu. Jednak to nie kobieta ma być kartą przetargową – mężczyźni dysponują dokumentami, które mogą poważnie zaszkodzić karierze politycznej prezesa. A wszystko dzieje się w przededniu ogłoszenia ważnej nominacji, o którą od lat zabiegał Grawerski. Oczywistym jest więc to, że niezależnie od ceny będzie się starał odebrać szantażystom papiery. Na szczęście może liczyć na swojego prawnika Romana Migielskiego, zaprzyjaźnionego polityka Grzegorza Kubiaka i byłą żonę Agatę. W czasie, gdy zbierają pieniądze, za które „odkupią” kompromitujące dokumenty, Marta przeżywa wyjątkową karuzelę uczuć...
Nie chcąc nikomu zbyt mocno zaspoilerować zakończenia, bo jednak „Kochanek pani Grawerskiej” to całkiem dobra książka, powiem tylko tyle, że autorka chyba pomyliła miłość z syndromem sztokholmskim, na siłę udowadniając, że nie ma okoliczności, w których nie mogłoby narodzić się prawdziwe uczucie. Gdyby opowieść skończyła się wcześniej, to prawdopodobnie klasyczny happy end nie rozczarowałby tak bardzo jak obecne zakończenie. Dlaczego w takim razie chciałabym polecić książkę Śmigielskiej?
Przede wszystkim dlatego, że w tej historii nie ma bohaterów jednowymiarowych – każdy, choćby kierowały nim szlachetne pobudki, ma na sumieniu wiele zła i krzywd. Niektórzy częściej dostrzegają swoje błędy, inni wciąż na nowo je powtarzają – każdy jednak stara się żyć jak najlepiej, choć nie dla każdego oznacza to to samo. Wszyscy jednak są wyraziści, nie ma postaci płaskich, marginalnych, niezauważalnych. Każdy ma własny charakter i własne przekonania, o które jest gotów walczyć. Dosadne słownictwo, lejąca się wódka, towarzystwo prostytutek, zakulisowe rozgrywki – świat wielkiej polityki wymaga, by znajdowali się w nim ludzie z charyzmą, gotowi poświęcić dla władzy najbliższych. Kobiety stojące u boku mężczyzn również nie są tylko marionetkami, ale osobami o własnych poglądach, walczącymi o swoje szczęście.
Książkę Krystyny Śmigielskiej czyta się szybko i łatwo, wiele razy z niecierpliwością przewracając kolejne strony, by dowiedzieć się, co stanie się dalej. I gdyby nie zupełnie nieudany i niepotrzebny wątek romansowy „Kochanek pani Grawerskiej' byłby naprawdę solidną pozycją wśród lektur na ciepłe, wiosenne wieczory.
Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)
Krystyna Śmigielska, „Kochanek pani Grawerskiej”, Wydawnictwo Replika, 2015
Komentarze