„Kochany Święty Mikołaju” – recenzja

Recenzja książki „Kochany Święty Mikołaju”.
Wesołych świąt i wszystkiego najsłodszego.

Debbie Macomber nie trzeba przedstawiać wielbicielkom literatury kobiecej ani fanom świątecznych produkcji Hallmarka. Kilka dni temu w Stanach premierę telewizyjną miała kolejna, szósta już z kolei, adaptacja jej osadzonej w okresie Bożego Narodzenia powieści. Stacja doskonale zdaje sobie sprawę z popularności autorki - każdy z filmów znany jest pod alternatywnym tytułem rozpoczynającym się od jej imienia i nazwiska. Tak, Debbie Macomber zdecydowanie odniosła wielki sukces i nie ukrywam, że sięgając po lekturę „Kochany Święty Mikołaju” (w oryginale „Dear Santa”), chciałam się przede wszystkim przekonać, w czym tkwi do niego klucz.

Główna bohaterka to Lindy Carmichael, dobiegająca trzydziestki specjalistka od grafiki i projektowania stron internetowych. Kobieta wraca do domu na święta, aby przez dwa tygodnie wyczekiwanego od dawna urlopu spędzić czas z rodziną i zapomnieć o problemach. Zalicza się do nich podwójna zdrada (były facet i była najlepsza przyjaciółka wdali się w romans) i przymus ciągłego udowadniania, że nie jest zbędnym pracownikiem firmy. Tuż po przyjeździe Ellen, mama Lindy, pokazuje córce listy, jakie ta jako kilkulatka pisała do świętego Mikołaja. Gdy okazuje się, że jej wszystkie dziecięce marzenia się ziściły, Lindy postanawia sprawdzić, czy i jej dorosłe, spisane na kartce, życzenia podzielą ich los.

Zgodnie ze wspomnianym we wstępie trendem również „Kochany Święty Mikołaju” zdaje się być skazana na (przyszłoroczne?) przeniesienie na ekran. Książka zawiera w sobie niemalże wszystkie popularne tropy wykorzystywane w telewizyjnych produkcjach świątecznych. Nie wdając się w szczegóły, można by je najkrócej podsumować następująco: młoda kobieta pracująca w wielkim mieście znajduje w miasteczku obiekt westchnień i decyduje się podporządkować związkowi całe swoje życie.

W zasadzie opcje wyboru są dość ograniczone. Albo się taki schemat akceptuje z dobrodziejstwem inwentarza albo nabiera do niego dystansu, biorąc za pewnik jak Kevin w Wigilię, albo… zupełnie rezygnuje z lektury/oglądania. Pod względem fabularnym nie ma się co nastawiać na zwroty akcji, nie znajdziemy tu nic odkrywczego, postaci są skrojone na tyle, aby były, bez większego zgłębiania ich motywacji, czy charakteru. Raczej nic nam nie zapadnie w pamięci, nie licząc zdania „Energetyczny uśmiech Billy’ego zapaliłby więcej żarówek niż zapora wodna o mocy miliona kilowatów” i ukutej przeze mnie teorii o tym, że połowę domu Carmichaelów musiała stanowić chłodnia, bo nie wiem, gdzie indziej Ellen trzymałaby te tony produkowanego non stop jedzenia.

Wracając do źródła sukcesu, wydaje się, iż poczucie, że sprawy potoczą się utartym zakończonym happyendem torem działa na ludzi żyjących we współczesnym, zmieniającym się świecie kojąco. Kiedy dołączymy do tego uwielbienie bożonarodzeniowego klimatu i wolę powrotu do dziecięcej wiary w to, że święta są czasem cudów, otrzymujemy przepis na pozycję taką jak „KŚM”.

Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)

Debbie Macomber, „Kochany Święty Mikołaju”, Wydawnictwo Rebis, Poznań, 2021r.



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat