„Kolor bursztynu” – recenzja

Recenzja książki „Kolor bursztynu”.
Kontakty międzyludzkie, szeroko rozumiana miłość, nagłe spotkanie, zemsta i różne zrządzenia losu – gdyby jedynie w kilku słowach opisać „Kolor bursztynu” autorstwa Hanny Cygler, to właśnie te oddają choć w przybliżeniu to, co można spotkać na kolejnych stronach tej książki.

Choć podobno nie należy oceniać książki po okładce, to okładka „Koloru bursztynu” po prostu skradła mi serce. Nie ma w niej nic nadzwyczajnego, a mimo to jest coś w tym bursztynie coś, co przyciąga wzrok. A zazwyczaj, jeżeli podoba mi się okładka, to rosną moje oczekiwania względem powieści, która się za nią kryje. Na szczęście ten tytuł nie tylko je spełnił, co właściwie przebił i to również powinno stanowić rekomendację.

Anita vel Aniela - bo główna bohaterka znana jest pod tymi dwoma imionami, które wynikają w różnicy zdań między jej matką a babką – jest na zupełnie innym etapie życia niż ja, mimo to z przyjemnością poznawałam jej losy, bo w życiu kobiety naprawdę wiele się działo. Czasami uważałam jej zachowanie za infantylne, jednak rozumiałam, skąd się ono bierze. Lubię, kiedy postaci nie są biało-czarne, a choć odrobinę skomplikowane, dlatego nie tylko Anita, ale i pozostałe postaci zapadną mi w serce, bo zostały tak po ludzku wykreowane.

Zdecydowanym plusem powieści są nie tylko liczne wydarzenia, ale też zwroty akcji, jakie następują – niektóre z nich naprawdę mnie zaskoczyły i pokazały, jak los może przecinać ścieżki różnych ludzi; jak zbiegi okoliczności prowadzą do czegoś, czego człowiek się w ogóle nie spodziewał.

Zdarzały się jednak momenty, kiedy jednak czułam się zdezorientowana. Jak dość szybko nauczyłam się rozróżniać, które wydarzenia dotyczą przeszłości – retrospekcje stanowiły oddzielone fragmenty w rozdziałach – tak chwile, kiedy na przestrzeni kilku akapitów następowała zmiana narracji Anity, bo ma tu miejsce narracja pierwszoosobowa, z czasu przeszłego na teraźniejszy, zatrzymywałam się i wracałam do treści, starając się wyczuć, skąd się to wzięło. To jedyny mankament, jaki odnajduję w powieści stworzonej w sposób zwarty i wyjaśniający wszelkie możliwe wątki, jakie się w niej pojawiają.

„Kolor bursztynu” ma w sobie tytułową żywicę nie tylko w formie materiału jubilerskiego. Są tu tajemnice, dużo mówi się o miłości, jaka spotyka człowieka w jego życiu, a towarzyszy temu napięcie niczym z filmu akcji, co sprawia, że lektura staje się prawdziwą przyjemnością, a historia pozostaje w pamięci także po ostatniej kropce.

Marta Osadnik
(marta.osadnik@dlalejdis.pl)

Hanna Cygler, „Kolor bursztynu”, Wydawnictwo Luna, Warszawa, 2022



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat