Będąc 11-letnią dziewczynką miałam niesamowite aspiracje do tego, aby zostać najlepszą artystką w szkole. No, może chociaż w klasie. Niestety, nie odziedziczyłam talentu malarskiego, bo w sumie nie było po kim. Mama szczyciła się tym, że potrafi narysować śmieszną, frontalną wersję Żabiego Księcia, a siostra rysowała abstrakcyjne kształty. Postanowiłam jednak, że wygram szkolny konkurs na rysunek najpiękniejszego konia. Gdyby w ręce wpadł mi podręcznik Davida Sanmiguela, to z pewnością bym została laureatką! Może teraz zapiszę się na jakiś szkolny konkurs…
Książka jest niesamowita! Otwieram pierwsze lekcje, a tam… autor opowiada o narzędziach, którymi możemy posługiwać się podczas rysowniczych przyjemności: węgiel, pastele, tusze, a nawet rodzaje papieru, jaki powinniśmy dobrać, aby nasze dzieło dłużej cieszyło oczy. A co dalej? Dalej jest tylko lepiej.
Rysunek zaczynamy od podstaw, dosłownie. Przednie, tylne nogi oraz ich części – czyli stawy, to absolutny punkt numer jeden. Jeśli nauczymy się szkicować te fragmenty, później nauka pójdzie z kopyta!
Podręcznik przepełniony jest wskazówkami - dobrymi radami - czego się wystrzegać, a co warto stosować przy danej technice, np.: „Użyj papieru o odpowiedniej fakturze, żeby pigment sangwiny mógł przylgnąć do podłoża przy rozcieraniu”. Znajdują się też te dotyczące samego rysowania koni: „Nie rysuj grzywy i ogona ciężkimi, intensywnymi kreskami. Lżejsze linie stworzą tonalny kontrapunkt i dodadzą rysunkowi graficznego akcentu. W ten sposób podkreślony zostanie ruch konia”. Świetne, prawda?
Polecam książkę każdemu - od początkującego rysownika po zaawansowanego. Zawsze można podszlifować swoje umiejętności, a przy okazji miło spędzić czas.
Klaudia Rogaczewska
(klaudia.rogaczewska@dlalejdis.pl)
David Sanmiguel, Konie – rysunek i techniki mieszane, Wydawnictwo ARKADY, 2017 r.
Komentarze