Dziewczyna dorasta w zamożnej rodzinie i z zewnątrz wydaje się, że wygrała los na loterii. Ojciec – bardzo szanowany obywatel, właściciel kilku fabryk zapewnia rodzinie dostatnie życie, podczas gdy w Nigerii toczy się ostra walka o władzę – aresztowania obywateli są na porządku dziennym. Ten z pozoru dobry człowiek, dzielący się swoim bogactwem z biednymi, w rzeczywistości, w domu jest tyranem. Wszystko, co robi, jest w imię religii katolickiej, w pewnym momencie dochodzi się do wniosku, że niektóre z zasad są przez niego wyimaginowane. Każdy sprzeciw podlega karze. Niekiedy bardzo drastycznej. Nie jest to klaps, czy postawienie w kącie. Kiedy ojciec prosi Kambili o zagotowanie wody w czajniku, ona wie, co ją za chwilę czeka i bynajmniej nie jest to zrobienie ojcu gorącego napoju. Jemu potrzebny jest wrzątek, by polać nim stopy swojej nastoletniej córki. Dlaczego? Z całkiem błahego powodu, bo spotkała się ze swoim dziadkiem, którego on uważa za poganina. Wedle jego przekonania, obcowanie z takim człowiekiem to grzech, więc w imię pokuty wymierza Kambili karę, nie zważając na jej zdrowie, tak istotną rolę w jego życiu pełni religia. Tylko, czy w tym momencie sam nie popełnia grzechu? Grzechu znęcania się nad własnym dzieckiem? Ani jemu, ani samej Kambili coś tak niedorzecznego nawet nie przychodzi na myśl. Zaskakujący jest jednak fakt, że po wyrządzonej krzywdzie ojciec płacze i przytula dziewczynę. Trudność zrozumienia tematu i kaskada towarzyszących mu emocji jest wielkim atutem tej książki.
W opowieści Kambili, zarówno ona, jej brat Jaja, jak i matka Baetrice funkcjonują jako ofiary fanatycznego pana domu. Przerażający jest fakt, że kobieta bezczynnie patrzy na krzywdę swoich dzieci i to nie tylko tych dwojga, ale i tych, którym nie dane było narodzić się z winy ich ojca. Jego fizycznie znęcanie się nad żoną doprowadzało do kolejnych poronień. Winę za utratę dziecka przez kobietę przypisywał wyłącznie jej, a temu wydarzeniu nadawał miano grzechu. Kazał przy tym modlić się dzieciom, „żeby Bóg matce wybaczył”. I dzieci posłusznie modliły się. Nikt nie zauważył w tym niczego dziwnego.
Pomimo agresywnych, pełnych bólu zachowań ojca, niesamowite jest to, że Kambili nie dość, że nie żywi do niego urazy, złych uczuć, to bardzo go kocha i jest mu podporządkowana. Zdanie ojca jest dla niej świętością. Jedyną osobą w domu, która powoli próbuje wyrwać się z sideł apodyktycznego mężczyzny jest Jaja. Jednak chłopakowi brakuje jeszcze siły na zmagania z ojcem.
Całe szczęście, nie cała powieść jest obrazem psychicznego i fizycznego znęcania się pana domu nad rodziną. Koszmaru zamkniętego w czerech ścianach, na klucz wstydu. Inaczej, książka byłaby przeznaczona wyłącznie dla osób o fenomenalnie mocnych nerwach. Kambili udaje się zasmakować rodzinnego ciepła, ale dopiero w domu jej ciotki. Może motyw zamożny dom – terror, biedny dom – miłość, jest dość sztandarowy, ale akurat tej opowieści nadaje to subtelności i wrażliwości. Daje odpocząć nie tyle maltretowanej dziewczynie od wyrządzanego jej bólu, co czytelnikowi – od drastycznych opisów niezrozumiałych zachowań ojca Kambili. Autorka w iście fenomenalny sposób połączyła te dwa światy – dobra i zła – unikając komercyjności i oklepania tematu.
Książka wywołuje skrajne uczucia, zarówno względem sytuacji, jak i bohaterów. Świetnie dobrane postacie, wyrafinowane opisy stanowią sukces tej pozycji. Niesamowity sposób przekazywania słowami rozmów rodzeństwa przez wzajemne spojrzenie na siebie, pokazuje tylko kunszt autorki w tym, jak świetnie potrafi wpływać na czytelnika. Książka niesamowicie wciąga, więc czyta się ja błyskawicznie. Jednak, czytało by się ją jeszcze przyjemniej i szybciej, gdyby nie powplatane w zadnia nigeryjskie słowa. Budzą one czytelnika ze świata fikcji, tym bardziej, że brak jest ich objaśnień. To nieco utrudnia lekturę. Na szczęście, zwykle są to pojedyncze słowa lub krótkie zwroty, bez tłumaczenia których można się spokojnie obyć.
Dość zastanawiające jest podobieństwo Kambili do autorki „Fioletowego hibiskusa” – Chimamanda Ngozi Adichie. Ona również jest Nigeryjką, a jej ojciec był szanowanym człowiekiem w swoim kraju – wicepremierem Nigerii. Ile wydarzeń zaczerpnęła z własnego życia, a może książka jest jej nieformalną autobiografią? Bez względu na to, bardzo ją polecam. Zapewniam, nie jest to pozycja obła, nijaka, która można zostawić na później. To „poruszająca opowieść o dziecku, które przedwcześnie poznało silę nietolerancji i najciemniejszą stronę życia” – krzyczy do nas recenzja na okładce. I słusznie.
Iwona Bujak
(iwona.bujak@dlalejdis.pl)
Chimamanda Ngozi Adichie, „Fioletowy hibiskus”, Zysk i S-ka, Poznań 2010
Komentarze