„Kot Dalajlamy” – recenzja

Recenzja książki „Kot Dalajlamy”.
Miękkie futerko mruczące z zadowolenia, pochylające się nad miseczką pełną mleka – rozkoszny widok? Być może, ale czy pomyślałeś, o czym w takiej chwili myśli kot?

Wydaje się, że kot w domu jest przede wszystkim po to, żeby elegancko się prężyć, dać się przytulić, poganiać chwilę za zabawką i zwinąć się w kłębek u twoich stóp. Kiedyś jeszcze miał pogonić myszy. Człowiek dba o podstawowe potrzeby zwierzaka, ale także… dostarcza mu rozrywki.

David Michie udowadnia, że kot, obserwując człowieka, świetnie się bawi, ale także uczy. Tytułowa bohaterka „Kota Dalajlamy” (tak, tak, kotka) miała niewyobrażalne szczęście, gdy przed niepewnym losem w rękach ulicznych handlarzy, uratował ją sam Dalajlama. Kotka, stawiając pierwsze niepewne kroki w domu Dalajlamy, wśród jego współpracowników poznawała swój nowy mały świat i zyskiwała przyjaciół. Największym z nich był oczywiście jej opiekun, choć bardzo szybko stała się maskotką wszystkich.

KJŚ (Kot Jego Świętobliwości) towarzyszy Dalajlamie w oficjalnych spotkaniach i chwilach odpoczynku. Rano razem medytują, wspólnie odwiedzają klasztor. Przy okazji główna bohaterka książki Davida Michie komentuje różne wydarzenia, pobiera nauki, podsłuchując Dalajlamę i uczy się na własnych błędach.

„Kot Dalajlamy” to nie jest praca naukowa zawierająca rozprawy na temat buddyzmu. Jest jednak w tej książce taka lekkość, że czyta się ją z prawdziwą przyjemnością i wydaje się, że założenia buddyzmu stają się czytelnikowi bliższe. Co więcej, czytając „Kota Dalajlamy”, wyczuwałam autentyczną życzliwość autora tej książki. To przyjemne (i dość niespodziewane) uczucie nie opuszcza aż do ostatniej strony lektury.

David Michie dzięki swojej książce udowadnia dwie rzeczy (niby oczywiste, ale nie zawsze się o tym pamięta). Po pierwsze Dalajlama staje się bardziej ludzki i bliższy czytelnikowi. W końcu duchowy przywódca to też człowiek – może czuć się zmęczony, żartować, niepokoić. Po drugie, autor pokazuje, że nawet najbardziej wzniosłe hasła są tylko pustymi sloganami, jeśli nie mają przełożenia na zachowanie. Głoszenie prawd objawionych nic nie znaczy, jeśli nie stosuje się ich w życiu. A za sprawą wścibskiej kotki możemy przekonać się, że nawet w najbardziej prozaicznych codziennych czynnościach można kierować się mądrością.

„Kot Dalajlamy” Davida Michie to książka, która napawa optymizmem. Choć z pewnością nie jest wiernym przekazem na temat buddyzmu, to jednak przyczynia się do lepszego jego zrozumienia. Lekka lektura, idealna na popołudnie, w której autor do niczego czytelnika nie zmusza, ale do wielu rzeczy subtelnie zachęca. Chociaż jest jeden wyjątek - z pewnością zmusza do uśmiechu.

Agata Podgajska
(agata.podgajska@dlalejdis.pl)

David Michie, „Kot Dalajlamy”, Gliwice, Wydawnictwo Helion, 2014



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat