Lubię, gdy któryś z bohaterów czytanego kryminału ma poczucie humoru, a także gdy główne wątki umilają lekkie, zabawne dialogi.. To był jednak pierwszy raz, gdy czarno na białym w opisie książki zobaczyłam „komedia kryminalna”. Pomyślałam, że to już na pewno musi być coś dla mnie, bo… nie ukrywam, że w pierwszej chwili zainteresowałam się tytułem jako „kryminałem z ważnym kocim motywem”, ponieważ mam kota na punkcie kotów.
W życiu Danuty cierpiącej z powodu złamanego serca pojawia się kot Ptyś o niepospolitym charakterze. Gdy wydaje się, że dziwniej być nie może, na wycieraczce kobiety pojawiają się zdjęcia pośladków martwych kobiet. Jak bohaterka sobie z tym wszystkim poradzi?
W pierwszej chwili książka robi pozytywne wrażenie tym, w jaki sposób poznajemy protagonistkę. Otóż nie wiemy o niej za dużo, a ona sama jest w sytuacji, o której… też niewiele wie. Zaskoczenie i niepewność, następnie zaś szybki rozwój fabuły i akcji. Niestety jednak, równie prędko pojawiły się treści, w których autorka za wszelką cenę, ewidentnie na siłę próbowała być zabawna. Dawało się to we znaki już od pierwszych rozdziałów i przejawiało się głównie w dialogach i wiadomościach, bo tych bohaterki między sobą całkiem sporo wymieniały.
Obie przyjaciółki, zarówno trochę nieporadna Danka, jak i troskliwa, nieokrzesana Baśka to wyraziste charaktery, świetnie się uzupełniające. Mógł z tego wyjść naprawdę dobrany duet, ale coś nie zagrało. Szkoda, bo ogólny zamysł na rzucenie dwóch trochę zwariowanych kobiet w sprawę równo pokręconą i szokującą w niedrastycznym tego słowa znaczeniu to dobra konwencja. Podobnie jak zagadkowy trzeci bohater, biały kot, który nieźle mieszał w ich życiu. Jedynymi rzeczywiście trochę zabawnymi, a nie żałosnymi jak dialogi, elementami były jego wyczyny.
Sprawa zdjęć, które trafiać zaczęły do Danuty sama w sobie mogłaby być ciekawa, gdyby nie szczeniackie komentarze jej przyjaciółki. Przeładowany, kiepski humor odebrał powagę, jakby nie patrzeć, zagadkowej zbrodni. Dziwnie zeszła jakby na drugi plan. W pewnym momencie ten wątek nawet przestał mnie ciekawić. Reakcje na cokolwiek odebrałam jako często przerysowane i nierealistyczne.
Trzeba przyznać, że kotu też chwilami daleko do realności, aczkolwiek w przypadku zwierzaka tak żywa koloryzacja może śmieszyć już bardziej. A przynajmniej aż tak się nie gryzie.
Nie mogłam się wciągnąć choćby w któryś z wątków, nie mówiąc już o całej fabule. Akcja była, lecz nie porywała, a sprawiała wrażenie chaotycznej. Nawet gdy akurat nic się nie działo, bohaterowie zachowywali się w sposób wprowadzający zamęt, a co za tym idzie – wprawiając czytelnika w dyskomfort. Być może to wina tego, że wyjątkowo nie lubię, gdy ktoś stara się być na siłę zabawnym i nie poddaje się, mimo że zaprzestanie wyszłoby mu na dobre.
„Kot psuje się od ogona” to kabaret odegrany przez amatorów, kiepska oprawa i interpretacja, którego scenariusz ma potencjał. Niestety, abym mogła uznać to za dobrą komedię czy dobry kryminał, trzeba by to chyba napisać na nowo. Mając do wyboru bezmyślne patrzenie w okno lub czytanie tej książki, oczywiście wybrałabym to drugie, ale by usiąść i czytać? To strata czasu.
Kinga Żukowska
(kinga.zukowska@dlalejdis.pl)
Katarzyna Zawojska, „Kot psuje się od ogona”, Novae Res, 2019.
Komentarze