Wszyscy bowiem „wyobrażamy sobie, że istnieje ktoś, kto jest zdolny zaspokoić nasze tęsknoty. Ktoś, kogo wcześniej czy później spotkamy. Wyobrażamy sobie wiele rzeczy, które nigdy się nie spełniają”...
Stanisław Dygat przedstawił na pozór prostą historię. Otóż, pewien młody mężczyzna spotyka na balu maskowym kobietę odzianą w burkę. Widzi tylko, albo aż, jej piękne oczy i mimo, że ich spotkanie trwa krótko, zakochuje się od pierwszego wejrzenia. Marek nie potrafi zapomnieć o intrygującej dziewczynie – Jowicie. Szuka jej, bezskutecznie, w każdej napotkanej kobiecie: „Ale jakżeż jest możliwe, bym nie poznał Jowity? Mojej Jowity? Nie znałem jej twarzy, rzeczywiście. Ale oczy? I w ogóle cała postać? Ona cała, która w przeciągu kilkunastu minut wydała mi się najbliższą na świecie istotą?”. Tak w dużym uproszczeniu zarysowuje się tło tej ciekawej powieści.
Marek Arens, główny bohater „Disneylandu”, to niepoprawny marzyciel, tęskniący za idealną miłością, doskonałą kobietą. Wydaje mu się, że ją znalazł. Jednak z jakiegoś powodu ta tajemnicza czarodziejka – Jowita – rzuca na niego swój urok i znika, na zawsze odbierając mu spokój ducha. Odtąd Arens nie może o niej przestać myśleć. Mógłby śpiewać za Staszkiem Sojką – jesteś moją kokainą. Jowita staje się bowiem jego narkotykiem. Uzależnia się od niej, wyobrażenia o niej, do tego stopnia, że nie chce funkcjonować w świecie jej pozbawionym. „Jowita była ponad wszystko. Była ideałem kobiety i kobiecości. Ideałem nieosiągalnym dla mnie, ale istniejącym”. Nie przeszkadza to jednak Markowi, by związać się z Agnieszką i kochać się „w jakiś dziwny sposób w Helenie”, ale „Helena to Helena, a Jowita to Jowita. No, lepiej wyjaśnić tego nie można”. Czy Marek odnajdzie Jowitę? Odpowiedź kryją karty książki.
„Disneyland” został uznany za najlepszą powieść 1965 r. Od tego czasu upłynęło aż 45 lat! A może dopiero? Przecież nigdy nie przestaliśmy, z maniackim uporem, gonić za doskonałym pięknem, za ideałami. My, przedstawiciele XXI wieku, także odczuwamy nieustanny niedosyt, niezrozumiały nawet dla nas samych brak, pewną pustkę, potrzebę szukania czegoś odmiennego niż posiadamy, czegoś zdawałoby się lepszego. Inną sprawą pozostaje, czy te nasze mrzonki mają szansę na realizację. Zgodnie bowiem z często używanym (nadużywanym) hasłem – którego osobiście nie znoszę, bo kojarzy mi się z kimś, kogo wspominać już nie chcę – chodzi o to, by gonić króliczka, a nie go złapać. Co się dzieje, kiedy nasz „ideał” staje się osiągalny? Z reguły, po pewnym czasie powszednieje, zaczyna nam się nudzić. No cóż, Dygat z bezwzględną precyzją obnażył prawdziwe oblicze tak zwanego związkofoba. Dlatego jego książka nie może się zestarzeć. Sama, zaliczając się do tej niechlubnej kategorii, po lekturze „Disneylandu” muszę spojrzeć na siebie nieco bardziej krytycznie. Ale to na szczęście nie jest żaden poradnik, jak się zmienić. Autor opisuje pewną historię nie po to, by moralizować, tylko by pokazać, jak trudną sprawą, być może najtrudniejszą w życiu, była, jest i pewnie na zawsze pozostanie miłość.
W powieści znajdziemy wiele zasługujących na uwagę inteligentnych przemyśleń, tyleż trafnych, co niestety prawdziwych o związkach i miłości. Wyraża je przedstawiciel płci brzydkiej, uchylając rąbka tajemnicy, w jaki sposób postrzegają życie (erotykę) i nas – kobiety - faceci. Czy można im wierzyć, kiedy odkrywają przed nami swoje „uczucia” albo gdy prawią komplementy? „Ciekawie” brzmi wyznanie Marka Arensa: „Niejednej kobiecie mówiłem, że jest moją pierwszą i ostatnią miłością. Zawsze mówiłem prawdę. Kiedy przeżywa się jakąś miłość, eliminuje ona miłości przeszłe i przyszłe”. Najwłaściwsze wydaje się tutaj zaczerpnięcie zamieszczanego pod niektórymi newsami w CNN zwrotu – no comments...
Autor nieprzypadkowo zatytułował książkę „Disneyland”. Celowo odniósł się do tej wymyślonej, bajkowej, pełnej ułudy krainy, by zdemaskować zakłamaną rzeczywistość, w której żył (czyli lata 60. ubiegłego wieku): „ludzie strasznie kłamią. Oszukują siebie i innych w sprawach wielkich i małych”. Niewiele świat się zmienił pod tym względem. Przecież w życiu często zachowujemy się sztucznie, nakładamy różne maski, gramy jakieś role, nawet przed samymi sobą. Uciekamy w świat marzeń, by nie przytłoczyła nas przygnębiająca codzienność.
Dygat z dużą wprawą operuje retrospekcją. Autor bawi się czasem (chodzi oczywiście o czas jako pewien okres, termin) z taką samą precyzją, jak bohaterami. Dzięki czemu, z sukcesem, wprowadza czytelnika w swoistą grę. Podczas lektury nieustannie zastanawiamy się skąd określona sytuacja czy przemyślenie (może nawet częściej) wynikło. „Disneyland” posiada magiczną siłę przyciągania, można się pokusić o stwierdzenie, że uzależnia, tak samo jak nieodgadniona (nie zdradzę, czy do końca) Jowita.
„Disneyland” to znakomita, inteligentna i ciekawa książka, w której każdy zapewne odnajdzie cząstkę nie idealnego siebie. Naprawdę warto przeczytać.
Jowita Kubiak
(jowita.kubiak@dlalejdis.pl)
Stanisław Dygat „Disneyland”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2010
Komentarze