To drugi tom cyklu, w którym ponownie spotykamy Piotra, Wojownika Słońca. Tym razem musi zmierzyć się z powracającym złem i tajemniczą siłą zagrażającą królestwu. Po drodze mamy oczywiście podróż, magię, walkę i kolejne niebezpieczeństwa. Nie może zabraknąć momentu wielkiej straty, który pokazuje, jaką cenę bohater płaci za bycie Wybrańcem.
Niestety mnie ta historia nie poruszyła tak, jak najwyraźniej miała. Problemem są przede wszystkim bohaterowie. Są dość płytcy, a ich motywacje momentami trudno zrozumieć. Szczególnie postacie drugoplanowe sprawiają wrażenie stworzonych przede wszystkim po to, żeby popchnąć fabułę w określonym kierunku. Również dialogi wypadają sztucznie i nie zawsze brzmią jak rozmowa ludzi, którzy rzeczywiście funkcjonują w tym świecie. A jeśli funkcjonują, to na odpowiednich papierach.
Sam styl jest bardzo baśniowy, ale momentami aż zbyt mocno opiera się na utartych sformułowaniach i schematach. W efekcie podczas czytania miałam wrażenie pewnej sztuczności. Nie znalazłam tutaj charakterystycznego stylu, który pozwoliłby mi rozpoznać autora po kilku stronach. Do tego dochodzą błędy stylistyczne, które wskazują, że tekst mógłby przejść jeszcze jedną porządną korektę.
Największym problemem pozostaje jednak przewidywalność. Dość szybko można domyślić się, w jakim kierunku zmierza historia, a kolejne wydarzenia nie przyniosły mi większego zaskoczenia. Mamy klasyczny konflikt dobra ze złem, wielkie poświęcenie i odnajdywanie siebie na nowo. Wszystko to już znamy z wielu innych historii fantasy, a tutaj nie zostało to podane w sposób, który szczególnie by mnie, jako dorosłego czytelnika, zainteresował.
Nie oznacza to jednak, że jest to książka całkowicie nieudana. Jest krótka i czyta się ją szybko – spokojnie można ją skończyć w kilka godzin. Dla osoby, która dopiero zaczyna swoją przygodę z fantastyką i nie miała jeszcze okazji poznać wielu podobnych historii, może być całkiem przyjemnym wprowadzeniem do gatunku. Mamy magię, walkę, przepowiednię, bohatera z misją i oczywiście wielkie emocje.
Dla bardziej doświadczonego czytelnika fantasy może być jednak zbyt prosta. Drugi tom powinien też pokazywać rozwój autora, a ja miałam wrażenie, że jego styl wciąż jest na bardzo wczesnym etapie kształtowania się. Sama historia również nie zostanie ze mną na długo.
Ładna okładka zdecydowanie przyciąga wzrok, ale niestety nie mogę tego samego powiedzieć o zawartości. „Krew i przysięga. Mrok poświęcenia” nie jest najgorszą książką, jaką przeczytałam, ale raczej jedną z tych, o których po tygodniu nie będę już pamiętać. Zakończenie pozostaje otwarte, co sugeruje, że nie jest to koniec historii – zobaczymy więc, czy w kolejnych tomach autor pokaże większy rozwój swojego warsztatu.
Dorota Pustelnik
Maciej Mirocha, „Krew i przysięga. Mrok poświęcenia’’, Wydawnictwo Novae Res, Gdynia, 2026.
Komentarze