Po książkę Roberta Kilena sięgnęłam tym chętniej, że sama znam historię Inków i ukrytych przez nich skarbów. Po raz pierwszy zetknęłam się z nią jako nastolatka odwiedzająca zamek Tropsztyn. Potem wątek przewijał się jeszcze w Niedzicy, do której wracam co roku z sentymentem. Stamtąd dotarł aż na Dolny Śląsk, do zamku Stary Książ. A autor „Krwi Illapa” pokazał, że historia może być nie tylko fascynująca, ale również mieć ekscytującą, kryminalną kontynuację w czasach współczesnych.
Alida, Urika i Tupac – trójka rodzeństwa wychowana w Polsce, potomkowie szlacheckiego rodu, który przybył na te ziemie wraz z Inkami. Strzegą tajemnicy swojego pochodzenia, a także wszystkich przekazanych im w związku z nią informacji. Niestety, chciwość wyciąga ręce po złoto Inków i najcenniejszy ich skarb – krew Illapa. Czym jest ten skarb? Czy ludzie, których losy tajemniczo się splotły, będą w stanie ocalić przedwieczną tajemnicę? Jak to możliwe, że wszystko dzieje się na terenie Polski?
Nie przywykliśmy do dwóch rzeczy: tego, że historia może być kanwą dla dobrego kryminału, oraz tego, że kryminał ten może mieć miejsce w Polsce. W naszych głowach nadal krainą doskonałą do sensacyjnych odkryć, poszukiwań i zagadek są kraje skandynawskie, głównie ze względu na tamtejszą doskonałą literaturę kryminalną. Tymczasem warto przyjąć do wiadomości, że również w Polsce znajdują się autorzy, którzy wciągną nas w krainę historii, intrygi, międzynarodowego spisku i dziedzictwa sprzed setek lat, które teraz doprowadza – zgodnie z przewidywaniami przodków – do kolejnych rozlewów krwi.
„Krew Illapa” jest napisana językiem, który sprawia, że czyta się ją z łatwością, nawet gdy spotykamy fragmenty przypominające wykład historyka w liceum. To wszystko za sprawą faktu, że sama fabuła powieści sprzedaje się niesamowicie dobrze – wciąż zaskakują nas zwroty akcji, nagłe pojawianie się postaci, które niby znaliśmy, a które okazały się być zupełnie kim innym. W tym przypadku język wartko podąża za wydarzeniami, które śledzimy nie tylko na kartkach papieru, ale również we własnej wyobraźni.
Książka Roberta Kilena jest na swój sposób wyjątkowa. Nie spotykamy tutaj bohatera, z którym jesteśmy w stanie się utożsamić. Widzimy za to ludzi, którzy są zupełnie odmienni od nas, mają problemy ważniejsze niż to, ile kawy piją dziennie i dlaczego za dużo. Powieść, mimo iż ciągle pochłania nas intrygującą i szybką akcją, to jednak pozwala również na podziwianie piękna naszego kraju. Buduje w nas również poczucie wstydu wynikającego z zachwytu nad zagranicznymi cudami i opowieściami, podczas gdy pod samym naszym nosem rodzi się historia równie fascynująca, a do tego oparta na faktach i dostępna na wyciągnięcie ręki. Nie zdziwię się, jeśli każdy z czytelników „Krwi Illapa” będzie chciał podążyć tropem jej bohaterów – i tajemniczego skarbu Inków. Będzie to w zupełności zasługa autora i jego umiejętności budowania zaciekawienia historią w czytelniku.
Paulina Dudek
(paulina.dudek@dlalejdis.pl)
Robert Kilen, „Krew Illapa”, Warszawa, Bellona, 2014.
Komentarze