Z jego literackiej spuścizny czerpali artyści reprezentujący różne dziedziny sztuki, a co jakiś czas powraca moda na wielkie arcydzieła brytyjskiego pisarza. Chyba właśnie przeżywamy kolejną falę fascynacji Szekspirem, bo to raczej nie przypadek, że w tym samym czasie wydano dwie książki, inspirowane „Snem nocy letniej” - „Królestwo czarnego łabędzia” i „Oddech nocy”. Przyjrzyjmy się bliżej pierwszemu z tytułów.
Kiedy ostatnim razem fala „szekspiryzmu” przetoczyła się przez świat sztuki (lata 90. XX wieku), powstały świetne obrazy filmowe z Kennethem Branaghiem, wcielającym się w bohaterów największych dzieł Szekspira. Cofając się w bardziej odległe czasy, znajdziemy również genialny „Tron we krwi” Kurosawy czy „Tragedię Makbeta” Polańskiego. Tym razem jednak to nie kino postanowiło nadać rumieńców klasykom literatury. Tradycji Szekspira chwycili się młodzi pisarze amerykańscy.
Pewnego dnia Garet zostaje poproszona o otwarcie tajemniczej srebrnej szkatułki. Jednak zamiast szybko i gładko rozwiązać sprawę, Garet dostaje się w centrum wydarzeń, które zmierzają do likwidacji Nowego Jorku. Demon z przeszłości, John Dee, po raz kolejny podejmuje próbę oddania władzy w ręce rozpaczy i niezgody. Ojciec dziewczyny pada ofiarą napadu tajemniczych postaci składających się z mgły, a najlepsza przyjaciółka, urodzona optymistka, próbuje popełnić samobójstwo. Nieświadoma przyczyn rozgrywających się wokół niej wydarzeń, Garet zgadza się podjąć rzucone jej wyzwanie, choć początkowo przypomina to walkę z niewidzialnym wrogiem, którego mocy dziewczyna zupełnie sobie nie uświadamia.
Garet odkrywa historię swojej rodziny stopniowo, przypomina to nieco grę w memo. Odsłaniając jakąś kartę, staramy się przypomnieć sobie, gdzie znajduje się dokładnie taka sama. Młoda kobieta ze strzępków wspomnień buduje teraz nową tożsamość, starając się jednocześnie przypomnieć sobie jakiekolwiek sygnały świadczące o tym, że pewnego dnia w jej życiu pojawi się wampir, smok czy elf. Jednocześnie buduje swoją magiczną osłonę, która ma być jej bronią i tarczą w pojedynku z Johnem Dee. Mamy zatem typowy przykład stopniowego kreowania bohatera od zupełnego ignoranta pozbawionego krzty mocy do wielkiego „wybrańca”, który jako jedyny może stawić czoło nadchodzącej katastrofie. I chyba każdy w tym momencie pomyślał o Neo...
„Królestwo czarnego łabędzia” to nie jest zła książka, ale jednocześnie nie uważam czytania jej za szczególnie wartościowe. Powielanie schematów zostało doprowadzone do skrajnej postaci. Książka to zlepek wątków, toposów, kreacji literackich, znanych z innych utworów. Lee Carroll (pseudonim małżeństwa Carol Goodman i Lee Slonimsky'ego) nie zadebiutowali błyskotliwą, intelektualnie wymagającą powieści. Wypłynęli raczej na fali nadal trwającej fascynacji wampirami, magią, przenikaniem się światów ludzi i mitycznych stworzeń. Mało to, niestety, oryginalne.
Michalina Guzikowska
(michalina.guzikowska@dlalejdis.pl)
Lee Carroll, „Królestwo czarnego łabędzia”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2011
Komentarze