„Kruk andaluzyjski” – recenzja

Recenzja książki „Kruk andaluzyjski”.
To jedna z tych nieoczywistych książek, którym bardzo trudno jest przypiąć łatkę jednego gatunku.

Nie jest to kryminał, choć taki wniosek można wysnuć czytając opis książki Katarzyny Dryńskiej. Nie jest to też ani  thriller, ani dramat, ani romans... „Kruk andaluzyjski” ma w sobie wszystkiego po trochu, a zarazem nie daje się wpisać w żadne ramy.

Powieść Katarzyny Dryńskiej ma bardzo gęsty klimat. Czytając ją i wyobrażając sobie kolejne sceny, miałam wrażenie, że wszystko spowija dym –  przez to obraz staje się trochę nieostry i zdecydowanie duszący. I taka jest właśnie ta historia – ulotna i niejednoznaczna.

„Andaluzyjski kruk” to wycinek z życia Ewy Mulner – dziennikarki, która w poszukiwaniu kolejnego materiału decyduje się na odszukanie małżeństwa Majchrzaków, które kilka tygodni temu zaginęło gdzieś w Wenezueli. Scenariuszy, co stało się z Majchrzakami, dlaczego nie dają znaku życia, jest wiele i wszystkie są równie prawdopodobne. Ruszenia ich śladem nie ułatwia na pewno fakt, że poszukiwania miałyby objąć także tereny działań partyzantów. Ponieważ, jak już sobie wyjaśniliśmy, książka nie jest ani kryminałem ani thrillerem, samo zniknięcie Majchrzaków, choć wokół niego zbudowana jest cała historia, to tak naprawdę wątek drugoplanowy.

Główna bohaterka budziła we mnie bardzo mieszane uczucia (podobnie zresztą jak cała książka). W większości były one niestety negatywne. Tylko czasem pojawiał się cień zazdrości, że można tak żyć. Nie przejmując się nikim, myśląc tylko o dniu dzisiejszym, nie pozwalając się dopaść jakimś wyrzutom sumienia czy presji społecznej. Katarzyna Dryńska „wyposażyła” też naszą bohaterkę w dziecko. Czytelnikowi może to jednak umknąć, bo odwołań do córki Ewa robi tak niewiele, że aż żal. Co więcej w książce to dziecko funkcjonuje pod dwoma, niepowiązanymi ze sobą, imionami (chyba że ja czegoś nie zrozumiałam...)

Emocji we mnie było jednak na pewno więcej niż w książce. Jej przydymiony klimat nie  rekompensuje tego, że brakuje choćby podstawowych odruchów: zdziwienia, złości, żalu... Wyjaśniające to teorie mam dwie: albo Ewa cierpi na depresję w jakiejś początkowej fazie i emocje ma w związku z tym stłumione, albo jest tak cyniczna, że (jak to się mówi) z uniesień pozostało jej uniesienie brwi.

Jeśli zdecydujecie się na jej lekturę, zwróćcie koniecznie uwagę na niektóre dialogi. Tak sobie właśnie wyobrażam rozmowy arystokracji sprzed kilku wieków. Nie wiem, czy efekt był zamierzony, ale momentami wychodziło tak bardzo dojrzale, że aż zaczęłam się zastanawiać, czy ja byłam gotowa na tę lekturę. I doszłam do wniosku, że chyba jednak nie. Tak więc ja do tej opowieści raczej już nie wrócę, choć lektura „Kruka andaluzyjskiego” była bardzo intrygującym doświadczeniem.

AP
(biuro@dlalejdis.pl)

Katarzyna Dryńska „Kruk andaluzyjski” Wydawnictwo Oficynka Gdańsk 2019



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat