oddany po mistrzowsku przez wybitnego dziennikarza i publicystę Krzysztofa Mroziewicza.
Z zapartym tchem zawsze słuchałam opinii wyrażanych przez Krzysztofa Mroziewicza na łamach niezapomnianego programu „7 dni świat”. Erudycja, elokwencja i wybitne zdolności oratorskie, sprawiały, że to właśnie ten komentator międzynarodowych wydarzeń, we wspomnianym programie, zdobył nie tylko moje serce. Stąd też z wielką atencją i radością podeszłam do jego najnowszej książki „33 Ewy i trzech Adamów”. I muszę przyznać, że nie rozczarowałam się, a wręcz przeciwnie, z ogromnym zaciekawieniem wertowałam kolejne stronice. Odkrywając przy tym oblicze Krzysztofa Mroziewicza, jakiego wcześniej nie znałam, zachwycając się wyłącznie jego dokonaniami dziennikarsko-publicystycznymi – jako mężczyzny z krwi i kości. Erotyzm bijący niemal z każdej karty, podany raz z subtelną nutą, innym razem z pikantnym akcentem, podkreślonym odpowiednim środkiem wyrazu, przyprawia niekiedy o rumieńce, nadając tym samym dodatkowych walorów tej fascynującej książce.
„33 Ewy i trzech Adamów” to swego rodzaju hołd złożony kobietom. Chciałoby się powiedzieć, że wszystkim, bo przekrój jest tak szeroki. Zresztą już samo motto zaczerpnięte od Józefa Ignacego Kraszewskiego – „Kobietę Pan Bóg stworzył... A damę świat...” – zapowiada tę barwną gamę żeńskiego korowodu. Poczynając więc od naszej pramatki Ewy (czy w ogóle istniała?), poprzez te uznawane za święte, jak Matka Teresa z Kalkuty, aż do tzw. jawnogrzesznic – jak superszpieg Mata Hari, która ku uciesze mężczyzn wymyśliła striptiz. Zdecydowaną większość stanowią jednak te znajdujące się gdzieś pomiędzy powyższymi kategoriami i nie mam tutaj na myśli wyłącznie Marii Magdaleny. W jaki bowiem sposób zakwalifikować, np. Marię Magdalenę Goebbels, będącą z jednej strony buddystką, kierującą się doktryną „żyj i pozwól żyć innym”, a z drugiej zafascynowaną rodzącym się faszyzmem „kupiła sobie Mein Kampf i przeczytała od deski do deski”, stając się następnie Pierwszą Damą Trzeciej Rzeszy u boku swego męża Josepha Goebbelsa (ministra propagandy; na chwilę przed samobójczą śmiercią własną i Hitlera, mianowanego przez tego ostatniego na kanclerza Rzeszy)?
W książce znajdziemy notki biograficzne kobiet, które na stałe zapewniły sobie miejsce w dziejach ludzkości, m.in. Margaret Thatcher, Julii Tymoszenko, Hillary Clinton, Evity Perón, Aung San Suu Kyi, Benazir Bhutto etc. W tak zaszczytnym gronie nie mogło zabraknąć wzbudzającej skrajne reakcje, od bezkrytycznego uwielbienia po nienawiść z całą pejoratywną mocą tego negatywnego uczucia, jednej z najlepszych dziennikarek w historii tego zawodu – Oriany Falacci, o której Henry Kissinger mówił „Nemezis”, czyli bogini zemsty. Czy bez powodu, to już inna sprawa.
Nie zapominajmy także o trzech tytułowych „Adamach”, których Krzysztof Mroziewicz dobrał w równie intrygujący sposób, ale co istotniejsze ukazał panów w aspekcie ich związków z „Ewami”. Ukazany na łamach książki Grigorij Jefimowicz Rasputin to przecież jedna z najbarwniejszych po dziś dzień postaci, wzbudzająca niesłabnące wciąż kontrowersje. Mimo że wydaje nam się, że o tym „uzdrowicielu i świętym mężu”, który zaskarbił sobie względy żony cara Rosji Mikołaja II – księżniczki heskiej Aleksandry – nic nowego, ponadto to, co powszechnie wiadomo, powiedzieć się nie da, to i w tym przypadku autor potrafi zaskoczyć.
Nie omieszkał Krzysztof Mroziewicz naszkicować także portretu utalentowanego amerykańskiego pisarza Henry`ego Millera przez pryzmat „jego dziewczyn”, licznych dodajmy (z pominięciem całego zastępu prostytutek, w których gustował). Znalazła się w tym gronie, zasłużenie zresztą, obok jego żony June (wielkiej miłości, pomimo że obustronnie toksycznej) – pasjonująca pisarka i oryginalna osobowość Anaïs Nin. Szkoda, że tę wyjątkową kobietę, artystkę, Krzysztof Mroziewicz ukazał jedynie jako tło dla mężczyzny, bo zasługuje ona na miejsce w czołowym panteonie przedstawicielek płci pięknej, które autor łaskaw był obdarzyć swoim zainteresowaniem.
Skoro o pisarzach mowa, to nie sposób pominąć ostatniego (według przyjętej przeze mnie, przypadkowej kolejności, aczkolwiek zgodnej z tą książkową) „Adama” – docenianego na całym świecie przedstawiciela realizmu magicznego, przyjaciela Fidela Castro – Gabriela Garcíi Márqueza. Ciekawostkę dla wielu czytelników (w tym i dla mnie) stanowi informacja, że Gabo przez jakiś czas zajmował się X Muzą, zakładając latynoamerykańską szkołę filmową.
„33 Ewy i trzech Adamów” Krzysztofa Mroziewicza to wyjątkowa pozycja, która powinna znaleźć się w biblioteczce osób interesujących się historią naszego pięknego świata. Autor ze zdumiewającą wręcz precyzją dokonał przekroju ludzkości (tej jego piękniejszej połowy) od zarania dziejów aż po czasy współczesne. Przy czym styl, jakim po mistrzowsku posługuje się Krzysztof Mroziewicz, zapiera dech w piersiach. Przechodzi on z taką zręcznością i lekkością poprzez różne gatunki dziennikarskie (reportaż, wywiad, rozprawka naukowa etc.), mieszając je ze sobą, zmieniając w poszczególnych akapitach ton wypowiedzi – od poważnej, chciałoby się powiedzieć naukowej, po frywolną, naszpikowaną seksualnością, a nawet mocnymi słowami, uznawanymi za wulgaryzmy. Wszystko tu jednak wydaje się być na swoim miejscu. Podane z taktem, umiarem, wrażliwością, po prostu z klasą typową dla Mroziewicza. Poziom jego wiedzy jest tak imponujący i godny pozazdroszczenia, a zarazem, co z przykrością muszę stwierdzić po lekturze – tak niedościgniony, że nam zwykłym zjadaczom chleba pozostaje chłonąć ten inspirujący przekaz, mając nadzieję, że chociaż część ogromnej ilości przytoczonych faktów pozostanie w naszych umysłach.
Niewątpliwy atut książki stanowią ponadto przepiękne grafiki ilustrujące opisywane postaci, stworzone przez światowej sławy profesora Rosława Szaybo.
Jowita Kubiak
(jowita.kubiak@dlalejdis.pl)
Krzysztof Mroziewicz, „33 Ewy i trzech Adamów”, Zysk i S-ka, Poznań 2012
Komentarze