„Księga bezimiennej akuszerki” – recenzja

Recenzja książki „Księga bezimiennej akuszerki”.
Ta książka, ze swoją tematyką, trafiła na podatny grunt. Czy jednak na pewno jest dokładnie o tym, o czym nam się wydaje?

„Księga bezimiennej akuszerki” to opowieść o świecie, w którym naturalna równowaga z dnia na dzień została zachwiana. Pojawia się tajemniczy wirus (zbieżność sytuacyjna przypadkowa, chyba), na który nie udaje się uodpornić. Objawia się wysoką gorączką i niemal w stu procentach jest śmiertelny – szczególnie często atakuje kobiety i dzieci. W związku z tym w niedługim czasie populacja zostaje w znacznym stopniu przerzedzona, a w mieście zapanował chaos. W takim świecie do zdrowia (co już samo w sobie zakrawa na cud) wraca nasza bohaterka. Dość szybko orientuje się, z czym przyszło jej się zmierzyć i przestawia się na tryb walki o przetrwanie.

Przyznam szczerze, że mam dość mieszane uczucia po lekturze tej historii. Z jednej strony rozumiem pewną ostrość, szorstkość przedstawionej opowieści. Taką narrację narzuca niejako wykreowany świat z upadającym porządkiem. Z drugiej jednak strony przez zastosowany przez autorkę sposób opowiedzenia tej historii, bardzo trudno było mi się w nią autentycznie wciągnąć. Do tego stopnia, że pierwsze 70 stron czytałam przez prawie tydzień (!). Z czasem jednak lektura zyskała na płynności.

Nasza główna bohaterka, której imienia nie poznajemy, to kobieta szybko przystosowująca się do nowej rzeczywistości. Walczy o przetrwanie, uruchamia pierwotne instynkty, próbuje odnaleźć się w nieprzyjaznym świecie. No właśnie, bo świat naprawdę stał się wrogi. Z jednej strony większość zdobyczy cywilizacyjnych straciła na znaczeniu. Nie działa elektryczność, wszystkie instytucje publiczne, usługi, przestały funkcjonować. Pojazdy pozostawiono na drodze – większość z nich już bez benzyny, budynki porzucono i niszczeją teraz nieużywane, stając się miejscem schronienia i wiecznego poszukiwania jedzenia i wody, której szybko zaczyna brakować. Z drugiej strony natomiast ludzie, którym udało się przetrwać zarazę, utworzyli małe, kilkuosobowe grupki i prowadzą iście koczowniczy tryb życia. Z uwagi na ograniczone zasoby pożywienia, atakują siebie nawzajem, w bardzo prymitywny sposób walcząc o przetrwanie. Nic jednak nie może równać się z tym co się dzieje, gdy zobaczą gdzieś kobietę. Natychmiast odzywają się w nich zwierzęce instynkty, rzucają się za nią w pogoń, gotowi zaspokoić swoje potrzeby natychmiast, tu gdzie stoją. Kobieta staje się towarem, niewolnicą, która może być „wypożyczana” innym grupkom w zamian za inne dobra. Dość przerażająca perspektywa, prawda?

Meg Elison roztacza przed nami przerażającą i niezwykle pesymistyczną perspektywę. Pokazuje, jak bardzo mogłaby zmienić się rola kobiety i jak trudno jest wyjść z zaklętego koła przemocy.  Myślę jednak, że tym, czego mi w tej lekturze zabrakło, są emocje. Bezimienna akuszerka mimo wszystko podchodzi do nowej, brutalnej rzeczywistości na chłodno. Nie ma w niej tych uczuć, które czyniłyby ją bardziej ludzką, czy pozwoliłyby nam utożsamić się z jej trudnym położeniem.

„Księga bezimiennej akuszerki” to pierwsza część trylogii „Droga donikąd”. Ja na pewno będę chciała kontynuować te serię. Mimo wszystko jestem ciekawa, w jaką stronę Meg Elison poprowadzi tę historię. Może się bowiem okazać, że „Księga bezimiennej akuszerki” ma taki surowy charakter nie przez przypadek.

AP
(biuro@dlalejdis.pl)

Meg Elison „Księga bezimiennej akuszerki” Wydawnictwo Rebis, Poznań 2020



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat