Fani seriali dokumentalno-kryminalnych znają ten motyw na pamięć: małe, spokojne miasto lub przedmieścia; każdy zna każdego; ludzie ufający sąsiadom na tyle, że nie czują potrzeby zasuwania drzwi na noc, o systemach alarmowych nie wspominając. Nagle, ni stąd, ni zowąd, w jednym z domostw z idealnie przystrzyżonym trawnikiem dochodzi do zbrodni, która wstrząsa zżytą społecznością. I nic nie jest już takie, jakim je zapamiętano.
Shari Lapena postanowiła wykorzystać ten schemat, kreując świat Aylesford, fikcyjnego miasteczka leżącego w pobliżu Nowego Jorku (w rzeczywistości nazwa odnosi się do wsi w Nowej Szkocji i Anglii). Żywot mieszkańców toczy się nieśpiesznym tempem, panowie są głównymi lub jedynymi żywicielami rodziny, panie zajmują się wychowaniem dzieci i piastowaniem ogniska domowego, w przypływie ambicji pracując dorywczo. Daje im to mnóstwo czasu na pielęgnowanie sąsiedzkich więzi na różnego rodzaju spotkaniach towarzyskich. Trzyosobowa familia Sharpe’ów w żadnej z tych kwestii nie jest wyjątkiem od reguły.
Pewnego dnia Olivia z przerażeniem odkrywa, że jej szesnastoletni syn Raleigh włamuje się do pobliskich budynków, aby szperać w prywatnych komputerach. Chłopak twierdzi, że zrobił to tylko dwa razy. Nawet, jeśli byłaby to prawda, to o dwa razy za dużo. Jedna z ofiar, samotna starsza pani imieniem Carmine, postanawia rozpocząć prywatną krucjatę mającą na celu jego schwytanie, a z drugiego domu w tajemniczych okolicznościach znika młoda i atrakcyjna mężatka Amanda Pierce. Kiedy jej ciało zostaje znalezione we wraku zatopionego w jeziorze samochodu, rozpoczyna się śledztwo, w które chcąc, nie chcąc, zostaną wmieszani Sharpe’owie.
Okładkowy zarys przyciągnął moją uwagę, jednak jest duża różnica między dobrym pomysłem, a sukcesywnym przełożeniem go na rozwiązania fabularne. Intryga trąci mocno klimatami opery mydlanej i zatacza krąg przez typowy przekrój podejrzanych: mąż, (niedoszły/prawdopodobny) kochanek, kochanka męża, mąż kochanki itd. Praca policji jest zepchnięta na drugi plan, większość wydarzeń poznajemy dzięki czemuś, czym się na co dzień brzydzę, czyli osiedlowym plotkom. Ani dialogi, ani postaci nie należą do zbyt angażujących i rozbudowanych. Można odnieść wrażenie, że wszyscy bohaterowie są odlani z tej samej, miałkiej gliny. Największym plusem jest zakończenie, co prawda łatwe do rozgryzienia, ale przynajmniej dość sensowne, a, niestety, ostatnio odnoszę wrażenie, że wielu autorów ma z tym duży problem.
Lektura powieści „Ktoś, kogo znamy” nie trwa długo, a jej treść wylatuje z pamięci równie szybko. Książka daje radę jako czytadło do poduszki, jednak, jeśli szukacie pełnokrwistego i emocjonującego kryminału, to trzeba szukać dalej, bo tutaj tego nie znajdziecie.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
Shari Lapena, „Ktoś, kogo znamy”, Poznań, Wydawnictwo Zysk i S-ka, 2020 r.
Komentarze