„Kulawe konie” – recenzja

Recenzja książki „Kulawe konie”.
Czy los misji może zależeć od upadłych gwiazd brytyjskiego wywiadu?

Patrząc na głównych bohaterów „Kulawych koni” na myśl przychodzi określenie „from hero to zero”. Jak szybko bowiem można z pozycji gwiazdy, agenta o wyrobionej opinii, spaść na sam dół drabiny, oni wiedzą najlepiej. Często wystarczy jeden błąd. Ale nie byle jaki, a taki, który sprowadza fiasko na całe zadanie. Zepchnięci z piedestału, zamknięci w najdalszym zakątku brytyjskiego wywiadu, bardziej wegetują niż pracują, przekładając papiery, wykonując pomniejsze zadania, nie rzucając się nikomu w oczy. To wszystko do czasu, gdy pojawia się zagrożenie i nasi obecni-byli-agenci włączają się do działań, pragnąc nie dopuścić do brutalnego zabójstwa.

Od razu powiem, że pierwsza ponad 1/3 książki może być nużąca i nieco zniechęcająca. Skupia się ona bowiem na opisie błędów popełnionych przez naszych bohaterów i ich codziennej egzystencji w Slough House. O ile jeszcze na początku Mickowi Herronowi udało się mnie zaciekawić i kupić klimatem beznadziei, jaki zaczął rysować, o tyle później, przyznaję, miałam chwile zwątpienia.  Gdy już jednak ten etap lektury mamy za sobą, robi się naprawdę ciekawie. Akcja mocno się rozwija, bohaterowie mają okazję się wykazać.

„Kulawe konie” są książką nierówną, więc ciężko mi ją jednoznacznie ocenić. Pomysł na fabułę uważam za genialny, pierwsze ponad 100 stron książki za męczące. Późniejsza akcja ratuje sytuację, wciąga i znacznie podnosi poprzeczkę, choć znowu bohaterowie są zdecydowanie zbyt mało, jak na taką lekturę wyraziści.

Choć książka Micka Herrona okazała się poważniejsza niż podejrzewałam (brakowało w niej większej dawki humoru), czytało się ją szybko. Trzeba się co prawda przyzwyczaić do dość specyficznego stylu pisania autora, ale ogólnie nie wpływa to raczej na odbiór książki. Ciekawym ukłonem w stronę czytelnika było przemycenie przez autora kilku ciekawostek o życiu służb. Pozwoliło to na lepsze zrozumienie specyfiki, ale także poczucie tego szpiegowskiego klimatu.

„Kulawe konie” Micka Herrona jest książką dobrą w ogólnej ocenie. Mają pojawić się dalsze jej części, po które z przyjemnością sięgnę. Choćby po to, aby przekonać się, w jakim kierunku poprowadzi nas autor i jaki ma pomysł na zachowanie oryginalnych rozwiązań fabularych. „Kulawe konie” sprawdzą się jako lektura na leniwe popołudnie, o ile przymkniecie nieco oko na dynamikę pierwszej części tej książki. Myślę, że finalnie pozwoli przyjemnie spędzić czas.

AP
(biuro@dlalejdis.pl)

Mick Herron „Kulawe konie”, Wydawnictwo Insignis, Kraków 2021



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat