Nic też nie trzyma czytelnika w niepewności, napięciu. Nie został poruszony żaden ciekawy temat. Ot po prostu, codzienne życie rodziny Angelinich. Niektóre z wątków, przyznam, mogłyby być ciekawe, ale zostały „przeopowiadane”. Niesamowity potok zbędnych słów, jaki wychodzi spod pióra pisarki, niemiłosiernie zanudza, zniechęca do dalszej lektury. Mnie, w pewnym momencie, czytanie zaczęło sprawiać trudność i, co kilka stron, sprawdzałam ile ich jeszcze pozostało do końca. Niecierpliwość czytelnika przed zobaczeniem ostatniej strony zdecydowanie nie jest zachętą do czytania tej książki.
Odradzam sięgania po „Brawo, Valentine”, jeszcze bardziej niż po jej, okazuje się, lepszą poprzedniczkę – „W stylu Valentine”. Wielka szkoda, że autorka zniwelowała praktycznie do zera dwie najbarwniejsze postaci – ojca i matki Valentine, dzięki którym jakoś dało się czytać pierwszą część trylogii. W zamian za to, rozszerzona została rola nudnego brata Valentine. Poza tym, niektóre z wątków książki są tak rozebrane z realizmu, że aż ma się ochotę wyrzucić ją za okno, jak najdalej się da i już nigdy więcej jej nie zobaczyć. Jeden z bardziej wyzutych z prawdy dotyczy ciemnoskórych osób. Co jak co, ale w USA, gdzie, w głównej mierze, toczy się akcja powieści, zupełnie normalnym jest spotkanie na ulicy osoby o ciemnej skórze. A autorka zrobiła z pojawiania się nieznanej, czarnoskórej gałęzi rodziny Angelini taką rodzinną aferę, jakby ten kraj był zamieszkany wyłącznie przez rasę białą, a czarnej byłby wstęp wzbroniony. Pikanterii dodaje fakt, że pisała to w czasach, kiedy prezydentem był już nie kto inny jak Barack Obama, którego cerze daleko do jasnego kolorytu. To tylko jeden z licznych przykładów braku odniesienia treści książki do realiów współczesnego świata, a w końcu nie jest to książka z półki „fantastyka”. Doprawdy, to co wyprawia Adriana Trigiani jest nieprawdopodobne. Brak mi słów.
Muszę przyznać, że nie spodziewałam się takiej nędznej treści po przeczytaniu pierwszych stron. „Brawo, Valentine”, zapowiadało się na całkiem sporą dawkę humoru. Brnięcie przez kolejne strony powodowało sukcesywne opadanie powiek, aż w końcu błogi sen. Także, jeśli ktoś ma problemy ze snem, to ta pozycja może okazać się pomocna, stając się zdrowszym zamiennikiem niszczących wątrobę farmaceutyków. Tych, którzy nie cierpią na bezsenność, ostrzegam przed tą nudną inwestycją zarówno pieniędzy jak i czasu.
Iwona Bujak
(iwona.bujak@dlalejdis.pl)
Adriana Trigiani, „Brawo, Valentine”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2010
Komentarze