Po raz pierwszy zdarzyło mi się czytać książkę o objętości 230 stron przez tydzień (!). I to nie z powodu braku czasu czy takiej fascynacji lekturą, że chciałam za wszelką cenę przedłużyć sobie przyjemność obcowania z nią. Wręcz przeciwnie. Nie mogłam przebrnąć przez „Porwanie” bez bardzo długich przerw na oddech i wyciszenie irytacji narastającej z każdym kolejnym zdaniem.
Lubię książki, które zrywają ze schematami gatunku, starają się wprowadzić powiew świeżości do literatury. Jednak to, co proponuje Wolf Haas nie było dla mnie powiewem, a arktycznym wiatrem, który całkowicie zamroził we mnie jakąkolwiek radość czytania.
„Porwanie” to teoretycznie historia o tym, jak pewnego dnia z samochodu zaparkowanego na stacji benzynowej znika mała dziewczynka. Szofer, były policjant, którego głównym zadaniem było wożenie małej Helenki od matki do ojca, rozpoczyna prywatne śledztwo, bowiem czuje się odpowiedzialny za zaistniałą sytuację, a poza tym związał się emocjonalnie z małą. Śledztwo to nazwałabym nietuzinkowym i mocno wyczerpującym. Brenner, były policjant, a obecny szofer, miota się bowiem od jednej osoby do drugiej, bardzo luźno powiązanymi między sobą, bez żadnego logicznego wytłumaczenia. I choć na końcu tego pogmatwanego dochodzenia odnajdujemy nikły związek przyczynowo – skutkowy, to jednak za nic nie potrafiłabym teraz odtworzyć przebiegu akcji w „Porwaniu”.
Poza bardzo mało czytelną akcją, elementem, który irytuje i nie pozwala na skoncentrowanie się na lekturze, jest narracja. Jej dość osobliwa forma – narrator opowiada czytelnikowi historię porwania, bezpośrednio się do niego zwracając, jest jeszcze do przełknięcia, ale fakt, że jest ona zdecydowanie przegadana – już nie. Wtrącenia, które według mnie albo miały być na siłę śmieszne, albo zostały w książce umieszczone tylko po to, by zwiększyć jej objętość, nie miały jak dla mnie absolutnie żadnej wartości. Zdania były za długie i sprawiały wrażenie, jakby się chciało zawrzeć w nich milion myśli naraz. Że już nie wspomnę o przedziwnej formie zapisu. Na początku podejrzewałam, że to jakieś gigantyczne niedopatrzenie tłumacza albo przeoczenie przy korekcie. Zdania kończą się bowiem w przedziwnym miejscu, właściwie w połowie. A ciągu dalszego nie ma. Z czasem zaczęłam jednak przypuszczać, że to także specjalne zagranie Wolfa Haasa. Było bowiem spójne zarówno z fabułą, jak i stylem narracji, co jednak w żadnej mierze nie poprawiło mego czytelniczego samopoczucia.
„Porwanie” Wolfa Haasa niewiele ma wspólnego z kryminałem. A już nazwanie tej książki „fenomenem kryminału” uważam za zdecydowane nadużycie. Ba, po tym, co wyczytałam z okładki, poważnie zwątpiłam w gusta czytelnicze Niemców. Jedno jest pewne: to było moje pierwsze i ostatnie spotkanie z Wolfem Haasem.
Agata Podgajska
(agata.podgajska@dlalejdis.pl)
Wolf Haas, „Porwanie”, Wydawnictwo G+J, Warszawa 2012
Komentarze