Marta ma 50 lat, zajmuje się domem, gotuje obiady dla swojego męża i dorosłego syna. Jest istną męczennicą, choć z wyboru – nie pozwala swoim mężczyznom dotknąć absolutnie niczego, biorąc na siebie odpowiedzialność za wystrój domu, wszystkie detale, wymyślanie sytych obiadów czy dbanie o dobrobyt swoich mężczyzn. I nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że sytuacja ta wydaje się po prostu kuriozalna. Ulubioną metodą komunikacji Marty jest bowiem krzyk – niezadowolenia, kpiny, zirytowania. I nawet na próby pomocy – których nie ma, bo Marta przyzwyczaiła wszystkich do tego, że musi zrobić każdą czynność sama – reaguje alergicznie, wszystkim wmawiając, że nie są w stanie wykonać jej obowiązków tak dobrze, jak ona sama. Czy wizyta przyjaciela sprzed lat odmieni los Marty?
Marta to typowa pięćdziesięciolatka, która przez swoje czasy nauczona była tego, że kobieta musi być silna i jako jedyna odpowiedzialna jest za dom. Gdyby tylko była w stanie dopuścić myśl o własnej niedoskonałości czy zaakceptować wady męża, mogłaby w całkiem przyjemny sposób spędzić własne życie. Jej mąż bowiem nie ma nic przeciwko temu, aby zająć się wspólnym synem – co jednak Marta odbiera zdecydowanie jako zdradę i sprzymierzenie dwóch mężczyzn przeciwko sobie. To z kolei prowadzi do licznych nieporozumień i zwyczajnego nieszczęścia w małżeństwie. Dopiero odwiedziny kolegi, który zawsze zdawał się jej idealnym mężczyzną, otwierają Marcie oczy na rzeczywistość. I znów – mogłaby być szczęśliwa, gdyby nie fakt, że uparła się na bycie męczennicą.
Sama książka napisana jest w dość przyjemny sposób i stanowi świetny przykład na dobrze skonstruowaną literaturę kobiecą. Jednocześnie jednak sama postać Marty i jej dziwna postawa powodowały u mnie, wraz z kolejnymi rozdziałami, niezwykłą irytację. Zdecydowanie nie jest to postać, którą polubiłabym – jej zachowanie wydawało mi się tak absurdalne, że aż niemożliwe. Jednocześnie jednak z drugiej strony Marta stanowiła dziwny przykład na zachowanie, które widuję wśród kobiet i starszych, i młodszych. Przerysowana postać pozwoliła mi nieco zrozumieć przyczyny takiego, a nie innego podejścia kobiet, choć nadal nie zmieniło to faktu, że Marty po prostu nie polubiłam.
„Lepsza połowa” to dobry pomysł na lekturę na śnieżne popołudnie – czytaną przy kubku gorącej czekolady i z odpowiednim dystansem. Przy książce możemy się dobrze bawić, choć jest szansa, że będzie nas również irytować za sprawą głównej bohaterki. Nie zmienia to faktu, że jest przyjemnie napisana i ciekawie skonstruowana, a przy tym osadzona w znanych nam, polskich realiach, co dodatkowo zwiększa komfort czytelniczki.
Paulina Grzybowska
(paulina.grzybowska@dlalejdis.pl)
Izabela Pietrzyk, „Lepsza połowa”, Warszawa, Prószyński i S-ka, 2016.
Komentarze