Manuela już jako nastolatka nie pasowała do swojego otoczenia. Podczas gdy jej starsza siostra umawiała się na randki i stroiła, ona wolała, w potarganych włosach i byle jakich ubraniach, szlajać się po mieście z chłopakami. Z czasem jej zainteresowanie mężczyznami stało się raczej przedmiotowe, aż do momentu, gdy poznała swojego narzeczonego. Wówczas jednak na scenę, powodowany zarówno ideałami wpajanymi przez dziadka, jak i poszukiwaniem własnego przeznaczenia, na scenę wszedł nowy cel: bycie żołnierzem. Wytrwała, młoda kobieta w swoich dążeniach dotarła do stopnia sierżanta dowodzącego męskim plutonem strzelców alpejskich, gdzieś w Afganistanie. Pokonując uprzedzenia kolegów, niechęć zwierzchników, przekonanie o kobiecej słabości i własną naturę, Manuela zyskała wszystko, czego – jak jej się wydawało – potrzebowała w życiu. I wtedy, w zasadzce, gdzie zginęli jej podwładni i koledzy jednocześnie, jej życie się skończyło. Powróciła, pokaleczona na ciele i duszy, do rodziny, z koszmarami w nocy i obawą o zwolnienie ze służby w dzień. I tam właśnie poznała Mattię…
Powieść „Limbo” wciąga już od samego początku. Manuela ze swoimi ideałami wydaje się kobietą silną, mimo pokiereszowanej nogi, ogolonej z powodu operacji głowy i problemów ze snem. Możemy nie zgadzać się z jej życiem i decyzjami, ale na pewno je szanujemy, a w duchu czujemy, że taki kręgosłup moralny to rzadkość, którą należy podziwiać. Manuela odkrywa się przed nami cała, głównie dzięki konstrukcji powieści, w której raz narracja prowadzona jest w trzeciej osobie, a raz w pierwszej, przez naszą bohaterkę. Przeżywamy nie tylko to, co dzieje się teraz, ale również i sytuacje, które zdarzyły się pani sierżant w Afganistanie czy wcześniej, kiedy jej nadzieje na awans w hierarchii wojskowej okazywały się niejednokrotnie czcze.
Drugą postacią, która poruszyła moje serce, wbrew pozorom nie był Mattia, a siostra Manueli. Ta zupełnie zagubiona w swoim życiu kobieta, która jak rękawiczki zmienia zarówno mężczyzn, jak i pracę, to postać, którą każdy z nas byłby w stanie wskazać w naszym otoczeniu. Choć z początku Vanessa wydaje nam się bardzo lekkomyślna, ale również powierzchowna i po prostu mało inteligentna, to w rzeczywistości jej postać ukazuje coraz więcej cech, których nie bylibyśmy w stanie zauważyć od razu.
Wątek Manueli i Mattii jest z jednej strony wątkiem romansowym, bardzo seksualnym, a z drugiej strony wątkiem terapeutycznym. Oboje, skrzywdzeni przez życie, choć niekoniecznie z ranami na ciele, odnajdują w sobie coś, przed czym bardzo się bronią. Ostatecznie niezwykła opowieść, która Mattia przekazuje Manueli w formie listów, może wydawać się nieco zbyt przekolorowana. Z drugiej strony, to ona nadaje sens temu, jak kończy się książka – a kończy się w sposób niezwykły i nie jest to po prostu „żyli długo i szczęśliwie”. Na pewno jednak zakończenie wyciska łzy.
Melania G. Mazzucco ukazała bardzo wnikliwy, ale jednocześnie ludzki portret kobiety, która zdecydowała się zostać – wbrew wszystkiemu i wszystkim – żołnierzem. Kobiety, którą pokochane życie potraktowało okrutnie, zabierając jej to, co – jak się okazuje dopiero później – było jakimkolwiek sensem istnienia. Ale życie musi płynąć dalej, w i tym przesłaniu kryje się sens powieści, który mnie osobiście niezwykle zaczarował.
Paulina Grzybowska
(paulina.grzybowska@dlalejdis.pl)
Melania G. Mazzucco, „Limbo”, Warszawa, Wyd. W.A.B., 2015.
Komentarze