Debiutom wiele można wybaczyć. I tak też czynię w tym wypadku – trochę nierówno rozłożone tempo akcji, trochę przerysowani „ci źli”… No, ale zacznijmy od początku…
„Linia Maginota” to literacki debiut Maksyma Aleksandrowicza. Określona została jako kryminał i sensacja (choć kompozycyjnie odstaje nieco od klasyki gatunku) i trafiła niedawno do polskich księgarń.
To historia trzech robotników, którzy ledwo wiążą koniec z końcem. Wszechobecny wyzysk, na który jest społeczne przyzwolenie, permanentne opóźnienia w płatnościach, życie momentami na granicy ubóstwa – to codzienność naszych bohaterów. Adam, właściciel firemki budowlanej, bardziej wegetuje niż żyje, coraz częściej uciekając od problemów w alkohol. Patryk i Ryszard to jego pracownicy i właściwie jedyni przyjaciele. Ci trzej panowie nieświadomie zostają uwikłani w spisek, który wybiega poza polskie granice.
Właściwie wszystko zaczyna się wówczas (choć w momencie tych wydarzeń znajdujemy się już mniej więcej w połowie książki), gdy Adam przypadkowo staje się świadkiem morderstwa. Ucieka, choć jednocześnie zdaje sobie sprawę z tego, że od teraz życie jego i jego pracowników jest zagrożone.
Do naszych głównych bohaterów stopniowo dołączają dodatkowe postacie: Artur Nowicki, przedstawiciel handlowy, Beata i Karol reprezentujący służby mundurowe i kilka bardziej epizodycznych charakterów.
Z pewnością plusem „Linii Maginota” jest to, w jaki sposób autor prowadzi bohaterów i jak przedstawia ich czytelnikowi. Podczas lektury odnosiłam wrażenie, że Maksym Aleksandrowicz każdą ze swoich postaci potraktował z podobną atencją, dbając o ich życiorysy i spójność w zachowaniu. Ta dbałość o portrety bohaterów przysłaniała jednak momentami całą fabułę książki. (Choć sprawiedliwie muszę tu wspomnieć, że jedynym rozczarowaniem była dla mnie postać czarnego charakteru – do tej pory nie wiem, o co tu tak naprawdę chodziło i skąd takie motywacje).
Samo rozwiązanie zagadki i zakończenie nieco mnie rozczarowało. O ile bowiem akcję śledziłam z zainteresowaniem, chętnie też poznawałam kolejnych bohaterów, o tyle przy odsłonięciu wszystkich kart ta opowieść nagle utraciła swój blask. Czego tu zabrakło? Chyba jakiegoś zaskakującego zwrotu akcji, bo zakończenie trochę się ciągnie, a zastosowane przez autora zabiegi nie przyczyniają się, niestety, do szybszego bicia serca.
Warte odnotowania jest także to, że autor wybrał sobie ciekawe miejsce i środowisko akcji i dobrze sobie z tym wyzwaniem poradził. Jest realistycznie, spójnie i przede wszystkim ciekawie.
O tym, jaki związek z fabułą książki ma tytuł, niestety, nie mogę opowiedzieć, żeby nie zdradzić zbyt wiele, choć ten element też mam wrażenie nie miał szansy bardziej wybrzmieć na kartach powieści.
Intryga zakrojona na bardzo szeroką skalę, dążenia do zdestabilizowania polskiej gospodarki i tajna organizacja międzynarodowa to zawsze dobry pomysł na książkę. Trzymam kciuki za kolejne propozycje czytelnicze od tego autora. Pióro wyrabia się z czasem, a tu z pewnością tkwi duży potencjał.
AP
(biuro@dlalejdis.pl)
Maksym Aleksandrowicz „Linia Maginota”, Novae Res, Gdynia, 2019 r.
Komentarze