7 lipca 2005 roku Addie obchodzi dziesiąte urodziny. Dziewczynka nie zapamięta z nich jednak przyjęcia, tortu, ani prezentów, a londyńskie zamachy bombowe i widok ojca w poplamionych krwią ubraniach. Kiedy kilka dni później jej starsza siostra Jessie znajduje w jego pokoju portfel należący do Olivii Emerson, teoria o zranieniu w wyniku bójki zaczyna podupadać. Pod przykrywką organizacji charytatywnej siostry odwiedzają dom Emersonów, odkrywając, że Olivia jest uznana za zaginioną, a jej mąż nie do końca radzi sobie z opieką nad niemowlakiem. Jessie postanawia zaoferować mu pomoc z dzieckiem, na co ten pomimo początkowych oporów przystaje.
Enigmatyczny okładkowy zarys nie przygotował mnie na to, jak wciągające mogą być przemyślenia dziecka w sytuacji patologicznej pod niemalże każdym względem (bieda, zaniedbanie, osamotnienie, podejrzewanie rodziciela o najgorsze, brak zaufania odnośnie intencji siostry, wmieszanie w życie obcych ludzi). Addie poznajemy na przestrzeni niemalże dekady i proces dorastania odbywa się nie tylko szybciej, ale również w znacznie bardziej dramatyczny sposób.
Autorka bardzo dobrze nakreśliła traumę, z jaką mierzy się dziewczynka i to, jak stara się sobie z nią poradzić. Równocześnie rozdziały pisane z jej perspektywy uzupełniane są fragmentami napisanej sześć lat później książki true crime pt. „Sroka”. Myślę, że ten dodatek ucieszy nie tylko czytelników literatury tego typu - co ciekawe, w pewnym momencie pojawia się nawet dyskusja na temat przyczyn jego popularności. Dzięki tym wstawkom dowiadujemy się o innych kobietach, które zniknęły 7 lipca, faktach dotyczących ostatnich godzin ich życia, a także otrzymujemy orientacyjny zakres dat, kiedy może dojść do ujęcia, a może nawet skazania seryjnego mordercy kolekcjonującego biżuterię ofiar. To wszystko, już na wstępie, znacząco podbija dawkę emocji i napięcia.
Phoebe Locke sięga również po ciekawy zabieg wplatania w fabułę prawdziwych wydarzeń, dzięki czemu powieść zyskuje na autentyczności i czasem można wręcz zapomnieć, że mamy do czynienia z fikcją. Dialogi są zwyczajne i nieudziwnione. Narracja utrzymuje stałe i dobre tempo, które pod koniec nieco wzrasta i owocuje niemałym zwrotem akcji. Stylistycznie było kilka niewielkich zgrzytów, ale nie były one na tyle rażące, aby wpłynąć na ocenę całości.
Coraz częściej staram się hamować entuzjazm i nie pokładać w lekturze wielkich nadziei. Tym bardziej cieszę się, że książka Phoebe Locke zaskoczyła mnie tak pozytywnie. Dawno nie czytałam czegoś tak przemyślanego i intrygującego i, co niemniej ważne, niemającego w efekcie 500 stron. Jeśli więc w te wakacje szukacie czegoś, co będzie czymś więcej niż czytadłem do plecaka, „Lipcowe dziewczyny” będą strzałem w dziesiątkę.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
Phoebe Locke, „Lipcowe dziewczyny”, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa, 2021r.
Komentarze