W literaturze true crime skazanie i zamknięcie za murami ośrodka penitencjarnego wyznacza koniec historii przestępcy. Wbrew pozorom również ci o ograniczonych możliwościach kontaktu ze światem zewnętrznym dorabiają się grona fanek i są w stanie nawiązywać bliskie relacje za pomocą listów i rozmów telefonicznych. W więzieniach dochodzi nawet do ślubów i rozwodów, co jest trafnie podsumowywane na internetowych grafikach mówiących o tym, że nawet skazaniec może mieć bogatsze życie uczuciowe niż ty.
Pozostaje pytanie: kim są kobiety, które decydują się na tego typu związek i co przyciąga je do ludzi z tak mrocznymi skłonnościami? Do sięgnięcia po „Listy miłosne do seryjnego mordercy” Tashy Coryell skłonił mnie m.in. niedawno obejrzany film „Les chambres rouges”, w którym obsesja na punkcie pewnego zabójcy dosłownie przejmuje władzę nad życiem modelki.
Fabułę „Listów…” można podzielić na trzy niemalże równe części: etap poszukiwań i aresztowanie podejrzanego o zamordowanie czterech kobiet, proces sądowy i życie po nim, wstępnie sygnalizowane w futurospekcjach. Znajomość Hannah i Williama rozpoczyna się, gdy on ląduje w areszcie, a ona postanawia przelać całą nagromadzoną w sobie frustrację na papier. Jest tego sporo, bo wszystko w jej życiu zdaje się iść nie tak: utknęła w pracy bez perspektyw, broniący się przed zaangażowaniem chłopak porzucił ją i afiszuje się z nową relacją, a najlepsza przyjaciółka bezczelnie planuje ślub. Ten pierwszy, niespecjalnie miły, bo zawierający życzenie śmierci, list rozpoczyna całą serię, a między korespondentami nawiązuje się coraz silniejsza więź. Czy jednak jest szansa na „żyli długo i szczęśliwie”, jeśli co najmniej jedna ze stron wcale tego nie pragnie?
Książka jest literackim debiutem Tashy Coryell. Autorce, poza wciśnięciem wszędobylskiej Taylor Swift i uwag o tym, że każdy jest biały (naliczyłam jedną czarnoskórą kobietę), można zarzucić miejscami komicznie przesadzony styl np. „Nie było śladu ubrań, które miały na sobie przed zaginięciem. Czy właśnie tak to się zaczęło? Powolne zdejmowanie kolejnych warstw, niczym przygotowywanie cebuli do gotowania”., czy „Moje rozczarowanie było wręcz wyczuwalne. Gejzer wytrysnął i cała lawa się wylała”. Myślę jednak, że Hannah, bo to w jej głowie spędzamy cały ten czas, taka właśnie miała być. Dramatyzująca, samotna, znudzona, chwiejna moralnie i emocjonalnie, zakochana w sobie, zakompleksiona, uparta, pozbawiona jasnej wizji siebie i tego, czego chce od innych, aż wreszcie coraz bardziej przerażająca w swych pragnieniach. W „Listach…” pojawiają się jeszcze dwie postaci, które zdają się pałać uczuciem do Williama, ale autorka nie wgryza się w ich głębszą motywację, a szkoda, bo zawsze byłaby to jakaś przeciwwaga i pogłębienie tematu, a nie jedynie danie znać, że Hannah nie była jedyna.
Podsumowując, „Listy miłosne do seryjnego mordercy” próbują łączyć elementy thrillera, kryminału, erotyku i romansu, chociaż proporcje zachwiane są na rzecz dwóch ostatnich, szczególnie w ostatniej tercji. Jeśli ktoś jednak lubi takie połączenia i posiada spory zapas cierpliwości względem męczącego charakteru głównej bohaterki, to jest to pozycja w sam raz na jeden jesienny wieczór.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
„Listy miłosne do seryjnego mordercy”, Tasha Coryell, Wydawnictwo MOVA, Białystok, 2024.
Komentarze