To, co przede wszystkim zraziło mnie w tej książce, to jej porażający infantylizm. Nawet gdybym chciała ją polecić, to naprawdę nie wiem komu. Dla dzieci to lektura zbyt nudna, dla dorosłych zbyt dziecinna. Fabuła doprawdy jest prosta. Początkujący pisarz, Konrad, dziedziczy dom po nieznanym przodku na wygwizdowie. Przyjeżdża na miejsce i od razu zaczyna marudzić, poznaje niezwykłych mieszkańców, więc marudzi jeszcze bardziej, remontuje dom i nadal marudzi, a potem pisze książki i marudzi, ale już na nieco inne tematy. Przy okazji ciągle wałkuje związek, który rozpadł się tuż przed jego wyprowadzką z miasta i rozważa powrót na blokowisko. I tak przez 369 stron, a akcji, ani wątku głównego, ani widu ani słychu. Czasem tylko jakieś groteskowe kreatury chcą mu zabrać anioła stróża, albo duch panicza zadeklamuje nowy wiersz. Pozostałe nieszczęśliwe zrządzenia losu rozwiązują się niemal same. A wszystko to napisane w duchu wspomnianych opowieści o przygodach misia o bardzo małym rozumku.
Warto zatrzymać się na chwilę przy bohaterach „Dożywocia”, bo z braku akcji, 90% książki wypełniają ich wzajemne przekomarzania. Pierwszy – główny bohater Konrad, niespełniony pisarz, kolejny – Licho, aniołek stróż pierwszego właściciela odziedziczonej posiadłości, dziecinny do bólu, lubiący sprzątać i ciągle powtarzający: „a psik alleluja” od którego w pewnym momencie naprawdę porządnie mnie zemdliło. Potem Krakers, a raczej kraken, czyli gotująca ośmiornica z piwnicy i wreszcie prawdziwa perła w tej kupie kartek - panicz Szczęsny – dwustusiedemnastoletni duch romantyka-samobójcy. Jeśli jest jakiś powód, dla którego watro przeczytać „Dożywocie”, to jest nim właśnie duch panicza Szczęsnego – postać wręcz wybitna i charakter w każdym kawałku swojej przesady wspaniały.
Książka nie odpowiada ani mojemu wyobrażeniu o powieści, ani o zbiorze opowiadań. Jest gdzieś pomiędzy, a tym samym po prostu nijaka. Jej awangardowa konstrukcja, która opiera się na braku zasadniczej akcji szokuje tym bardziej, że autorka jest z wykształcenia polonistką i z pewnością zna wiele wzorcowych powieści, a zwłaszcza dwa słowa – „wątek główny”. Przyznaję, czytając i czekając, aż coś się wreszcie wydarzy, pośmiałam się trochę, ale to zdecydowanie za mało, żebym mogła z czystym sumieniem polecić „Dożywocie”. Czego nie mogę zarzucić Marcie Kisiel, to erudycja i sprawność w kreśleniu postaci. Jest w tej książce coś pociesznego, mogę zrozumieć jej pozytywny odbiór, ale dla fanów mrocznych przygód to, niestety, za mało. Skądinąd „Dożywocie” świetnie wpisuje się w nurt fantastyki humorystycznej, jaką tworzy Andrieja Bielanin i ci, którzy lubi się pośmiać i nie oczekują zbyt wyrafinowanej intrygi, mogą być usatysfakcjonowani. Dla mnie jednak zgodnie z nazwą posiadłości Lichotka – literatura to raczej licha.
Aleksandra Buba
(aleksandra.buba@dlalejdis.pl)
Marta Kisiel, „Dożywocie”, Fabryka Słów 2010
Komentarze