Po wydarzeniach z dwóch poprzednich tomów, Royce i Hadrian nie są już wyjętymi spod prawa zawodowymi przestępcami, a zaufanymi ludźmi króla. Fachowcami od brudnej roboty, ludźmi w zasadzie niezastąpionymi. Zwłaszcza w dobie niebezpieczeństwa nadciągającego nad Królestwo Melengaru.
Mianowanie Thrace Imperatorką nie sprowadziło na kraj pokoju, a dziewczyna stała się jedynie marionetką w rękach bardziej doświadczonych graczy. Teraz imperium zamierza opanować wszystkie królestwa Avrynu i Melengar nie stanowi tu wyjątku. Fakt, że jego obecny król, Alric, powszechnie uważany jest za nieodpowiedniego człowieka na to stanowisko, a księżniczka Arista wciąż traktowana jest jak czarownica, nie pomaga im w zawieraniu sojuszy. Nastały ciężkie czasy, które wymagają podjęcia ryzykownych działań.
Czytałam dwa poprzednie tomy niedługo po ich wydaniu i bardzo przypadły mi do gustu, dlatego chętnie sięgnęłam po kolejne części przygód Riyrii. Natrafiłam jednak na pewną przeszkodę. Uświadomiłam sobie, jak wiele rzeczy zapomniałam. Widocznie wydarzyło się więcej, niż mi się zdawało, albo miałam za długą przerwę między tymi lekturami. Na początku czułam się nieco zagubiona, a autor w niczym mi nie pomógł, bo jedynie mgliście wspominał co jakiś czas o minionych przygodach.
Kiedy już przebrnęłam przez tą przeszkodę, książkę czytało mi się równie dobrze jak pierwsze części. Royce i Hadrian znowu dostarczyli mi niezapomnianej rozrywki, a rozwijająca się historia była zaskakująca. W „Nowym imperium. Szmaragdowym sztormie” autor jeszcze dokładniej przybliża nam postaci głównych bohaterów, ujawniając fascynujące fakty z ich przeszłości, a czwarty z kolei tom pozwala nam odwiedzić egzotyczne kraje, które dotychczas znaliśmy tylko z opowieści.
Jak w przypadku poprzednich dwóch tomów, podkreślę, że połączenie ich w jednej książce może i jest bardziej ekonomiczne, ale z pewnością mniej poręczne. „Nowe imperium” z powodzeniem nazwać można ciężką lekturą i nie mam tu bynajmniej na myśli zawartości. Z pewnością mogę jednak pochwalić opracowanie graficzne, które niezmiennie przyciąga wzrok dopracowaniem szczegółów.
Myślę że tym, którzy, tak jak ja, czytali poprzednie tomy z wielkim zainteresowaniem, kolejnych wcale nie muszę polecać. Tych zaś, którzy z prozą Sullivana jeszcze do czynienia nie mieli, zachęcam do sięgnięcia najpierw po „Królewską krew. Wieżę elfów”, żeby w pełni zapoznać się ze stworzonym przez autora światem. Na pewno się nie zawiedziecie.
Justyna Mazur
(justyna.mazur@kobieta20.pl)
Michael J. Sullivan, “Nowe imperium. Szmaragdowy sztorm”, Prószyński i S-ka, Warszawa 2012
Komentarze