Tak, wiem. Nie ocenia się książki po okładce. A jednak to ona właśnie najpierw zwróciła moją uwagę. W tym zdjęciu jest coś swojskiego i urzekającego, coś przyciągającego.
"Ludzie i krowy" to niebanalna opowieść. Muszę przynać, że przeczesując zakamarki pamięci, nie udało mi się znaleźć drugiej podobnej. To z pewnością mocno działa na jej korzyść, zapadając w czytelniczą pamięć. O czym więc jest ta książka Andrzeja Piechockiego? Chyba najprościej zakwalifikować ją jako opowieść o więzi człowieka ze zwierzęciem. Relacji, jaka ma szansę się narodzić, gdy rozumie się zwierzę, gdy nie przekracza się jego granic. Jest w tym prostym (i być może brzmiącym dość banalnie) wniosku taka mądrość i pokora, o której niestety często się zapomina.
Żeby móc zaprzyjaźnić się ze zwierzęciem, trzeba coś o nim wiedzieć, potrafić interpretować sygnały, jakie wysyła. W związku z tym, wychodząc naprzeciw dość szczątkowej wiedzy, jaką zapewne dysponuje czytelnik (moja z pewnością była bardzo bazowa), autor dzieli się z nami naprawdę sporą garścią informacji dotyczących krów, owiec, świń i innych zwierząt. I trzeba przyznać, że pan Andrzej potrafi opowiadać i rozumie, czuje to, o czym pisze (jak podaje krótka notka biograficzna autor jest profesorem nauk biologicznych i zoologiem). Tak więc ze spokojem można oddać się w jego ręce i dać ponieść tej historii.
"Ludzie i krowy" na kilka chwil pozwalają przenieść się na tradycyjną polską wieś, gdzie życie płynie nieśpiesznie, gdzie nic nie uda się ukryć przed bystrym okiem i czujnym uchem sąsiadów, gdzie można czuć się bezpiecznie. Jeśli taki obraz polskiej wsi wciąż jeszcze jest obceny w Waszych wspomnieniach, to książka Andrzeja Piechockiego pozwala go odświeżyć, przeżyć raz jeszcze. Choć ksiązka obfituje w bohaterów i prowadzenie fabuły przypomina trochę przeglądanie kolejnych klisz, spodobało mi się zestawienie rezolutnego wnuczka – Ignasia z tradycyjnym Dziadkiem Rychem. Nie jeden raz można się dzięki nim uśmiechnąć podczas lektury.
"Ludzie i krowy" to naprawdę relaksująca opowieść. Nie spodziewamy się po niej nagłych zwrotów akcji, nie nastawiamy się na to, że nas psychcznie przeczołga. Dlatego już od początku lektury możemy się odprężyć, wziąć głęboki oddech i czytać, co jakiś czas łapiąc się na tym, że myśli odpływają do tych namalowanych przez autora obrazów. I choć Andrzej Piechocki zarysował fabułę, ma do opowiedzenia pewną historię, to jednak odnosiłam wrażenie, że jest to zabieg mniej ważny, drugoplanowy. A tak naprawdę liczy się życie w zgodzie z naturą, szacunek do zwierząt i... otwarty umysł.
AP
(biuro@dlalejdis.pl)
Andrzej Piechocki, "Ludzie i krowy", Novae Res 2020
Komentarze