Największy klimat robi sam Raspael, czyli były anioł, który z jednej strony wydaje się mroczny i niepokojący, a z drugiej ma w sobie coś tak bardzo ludzkiego, że trudno go nie polubić. Motyw przemiany w ćmę i karania ludzi za zło brzmi trochę abstrakcyjnie, ale autor zrobił to w naprawdę świetny sposób. Ten świat jest brutalny, momentami upiorny, ale jednocześnie hipnotyzujący. Bardzo podobało mi się też to, że książka nie idzie w typową historię „dobro kontra zło”. Tutaj wszystko jest bardziej szare, pogmatwane i emocjonalnie ciężkie.
Nie będę udawać, że wszystko było idealne, bo były momenty, które trochę się dłużyły. Czasami niektóre dialogi wypadały nijako i miałam wrażenie, że można było je skrócić. Wątek romantyczny też średnio mi się podobał, bo chwilami bardziej wybijał z klimatu, niż coś wnosił. Mimo tych mankamentów książka dalej trzyma dobry poziom i ma niespotykany klimat, którego próżno szukać w innych powieściach fantasy.
Najbardziej kupiło mnie to, jak autor buduje napięcie. Nawet spokojniejsze fragmenty mają w sobie coś niepokojącego. Do tego opisy snów, przemian są tak plastyczne, że wszystko dosłownie widzi się przed oczami. To jedna z tych historii, które po skończeniu dalej siedzą w głowie i człowiek przez chwilę nie wie, co zrobić ze swoim życiem.
„Luna Moth” to idealna książka dla osób, które lubią dark fantasy, moralnie szarych bohaterów i historie, które są jednocześnie brutalne, dziwne i emocjonalne. Mimo swoich prawie 800 stron ani przez moment mnie nie znudziła i zdecydowanie była warta zarwanej nocy.
Dodatkowy plus daję za klimat cmentarzy, snów i tę duszną atmosferę, która robi robotę. Dawno żadna książka fantasy nie wciągnęła mnie aż tak szybko i nie zostawiła po sobie tak mocnego wrażenia.
Sonali Gupta
Matt Childes, „Luna Moth”, Wydawnictwo Novae Res, 2026.
Komentarze