Magia + kłopoty = straszne głupoty

Recenzja książki "Córki księżyca. Nocny cień. Tajemny zwój".
Istnieje wiele książek, których lektura może sprawić przyjemność nie tylko nastolatkom, ale też ich rodzicom, ale „Córki księżyca” zdecydowanie do nich nie należą.

Chociaż nie gardzę książkami dla młodzieży i z zainteresowaniem czytałam o przygodach nastoletnich wampirów, wilkołaków, upadłych aniołów, czarodziejów i innych fantastycznych i przyznam nieco już ogranych postaci, to dawno w moje ręce nie trafiło już nic tak złego, jak „Córki księżyca” Lynne Ewing.

Istnieje wiele książek, których lektura może sprawić przyjemność nie tylko nastolatkom, ale też ich rodzicom, ale „Córki księżyca” zdecydowanie do nich nie należą. To lektura dla bardzo ściśle określonej grupy – mianowicie dziewczynek zafascynowanych przygodami Hannah Montana. Jest tu równie kolorowo i infantylnie, co w telewizyjnym gniocie, którego fenomenu nigdy nie udało mi się zrozumieć. Oczywiście, można to zrzucić na karb mojego wieku... albo dokładnie przejrzeć książkę i odkryć, że podobnie do przygód wesołej Hannah, również została wydana pod szyldem Disneya, czyli ma być kolorowo, wesoło i zawsze z happy endem. Swoją drogą czy stary dobry Walt nie przewraca się w grobie, kiedy pod jego szyldem wydaje się takie rzeczy?

Sam pretekst do akcji, jeszcze zniosę, bo autorki młodzieżowej fantastyki miewały już dziwniejsze pomysły. Generalnie chodzi o to, że  tytułowe córki księżyca to córki mitycznej bogini Selene, które muszą walczyć z bardzo złym Atroxem, niewiadomo czy bogiem czy demonem, w każdym razie facet chce zniszczyć świat i ktoś musi go powstrzymać. A do tego zadania najlepiej nadają się cztery nastolatki z Los Angeles, które kiedy nie ratują świata, robią zakupy, przesiadują w kawiarniach i chodzą potańczyć.

Kiedy akurat nie muszą się bronić przed wyznawcami – bo wbrew zadaniu, które przed nimi stoi, dopóki same nie zostaną zaatakowane, raczej nie są skore do walki, koncentrują się na zdobywaniu najprzystojniejszych chłopaków w szkole, pierwszych pocałunkach, dobieraniu różnych stylizacji (z których każda jest szczegółowo opisana...). zajadaniu się ciastkami i piciu kakao, które, jak się dowiedziałam z tej książki, jest dobre na wszystko.

A jak już wyznawcy złego kultu mrocznych sił zła (zawsze „złowieszczo piękni”) zmuszą nasze czarodziejki do walki ( a przy okazji trochę je pouwodzą, poobejmują i obcałują), to przed walką na śmierć i życie koniecznie muszą ubrać się w kuse kiecki, mocno podkreślić oczy i wysmarować całe ciało błyszczykiem – w końcu to sprawia, że nasze „boginie” stają się naprawdę boskie i „przepełnione mocą”.

Zniosłabym jakoś te bzdury, gdyby było w nich choć trochę prawdziwych emocji. Tymczasem wszystko zdaje się tu być wykalkulowane według przepisu na „poczytną książkę dla nastolatek”. I chociaż potencjał był całkiem niezły, czytelnik otrzymuje infantylne nudy.

Podsumowując, powiem tyle, że „Córki księżyca” to książka, która sprawia, że serial „Sabrina. Nastoletnia czarownica” urasta do bardzo ambitnej produkcji telewizyjnej.

Aleksandra Buba
(aleksandra.buba@dlalejdis.pl)

Lynne Ewing, „Córki księżyca. Nocny cień. Tajemny zwój”, Wydawnictwo Jaguar 2011



Komentarze




Społeczność

Newsletter

Reklama

 
W tej witrynie stosujemy pliki cookies. Standardowe ustawienia przeglądarki internetowej zezwalają na zapisywanie ich na urządzeniu końcowym Użytkownika. Kontynuowanie przeglądania serwisu bez zmiany ustawień traktujemy jako zgodę na użycie plików cookies. Więcej w Polityce Cookies. Ukryj komunikat