Problem w tym, żeby obraz, który powstaje w naszej głowie, nie był wyrzeźbionym drewniakiem, ociosanym z rozpędu kołkiem, lecz mistrzowską rzeźbą, płynnie wyrytą dłutem. O czym zatem? Ano, o tym, jak to zrobić, żeby się podobało. Przedstawiam zatem McCanna – mistrza fachu.
Początek książki nie jest zbyt zachęcający. Jak ma zresztą być przy tytule „Niech zawiruje świat”? Przybiera jedną z tych monotonnych form, które to mają być dla nas bodźcem do przemyśleń. Eliptyczne zdanka, nastrojowość i granie na uczuciach w miejscu najczulszych strun ludzkiej duszy. Wymuszony sentymentalizm. Tematyka też niezbyt innowacyjna, bo powołanie od młodych lat. Tak poznajemy Corrigana, zaraz potem jego brata. A jeszcze potem przenosimy się do Nowego Yorku. Do Bronxu. Do Park Avenue – burżujskiej dzielnicy, która spektakularnie kreśli granicę między dobrym smakiem, a tandetą. Między rzekomym dobrem, a rzekomym złem. Gdzieś ponad tym wszystkim, na wysokości 110 pięter króluje linoskoczek. Spoiwo naszej akcji – z pozoru mierne, a jednak. Niepozorny linoskoczek scala wszystkie postacie, z których perspektywy poznajemy świat, łączy ich przestrzeń. Stanowi punkt kulminacyjny ich przemyśleń, doskonale wpisuje się w akcję, nie jako zapchajdziurą, lecz dobrym podsumowaniem. Przy tym wszystkim jest hołdem zarówno dla pierwowzoru postaci (Philippe Petit przeszedł po linie między WTC 7 sierpnia 1974), jak i metropolii Nowego Yorku z wyróżnieniem wież, które przestały istnieć 11 września 2001).
Bohaterów jest kilku, może nawet kilkunastu. Pochodzą z różnych klas, są biali, czarni, wierzący, agnostyczni. Są dziwki, księża, imigranci, sędziowie, ćpuny, malarze, buntownicy, marzyciele. Każdy z nich niesie znój, przedstawia inną historię, pełną ludzkich brudów, patologii. Poprzez kreację różnorodnych bohaterów Mcann dociera do najgłębszych zakamarków ludzkiej duszy, ogniskuje problemy każdej sfery: mechanizmu życia, wiary, poczucia winy i kwestii sumienia, strachu przed miłością (bo przecież niesie zmiany), bogactwa, biedy, śmierci czy niespełnionych marzeń.
Jest jeszcze jeden bohater, który zasługuję na uznanie. Język mianowicie. Górnolotne frazesy i przekleństwa, żargon i idiolekt. Pomieszanie dobrych manier, kultury wysokiej z rynsztokiem, karaluchem i potem. Wszystko to znajdziecie w wyznaniach Tillie, Lary, Corriego, Jaslyn i innych. Przeczytacie bogobojne wyznania mnicha, by zaraz potem dostać językowego klapsa od dziwki, która Boga ma za nic. Przeczytacie o miłości, głębokiej i szczerej, by zaraz potem zrównać ją z orgazmem.
McCann nic sobie nie robi z bałaganu, jaki wprowadza poprzez własne widzimisię. Odpytuje każdego bohatera z osobna, kiedy ma na to ochotę, wypruwa jego duszę, która często pokazuje bezbronność człowieka, umieszczonego gdzieś, gdzie nie powinien być. Wrzucony w istnienie. Wszystko to zgrabnie kwituje linoskoczek, który gdzieś, między World Trace Center biega sobie beztrosko i skacze po linie, za nic mając życie. Piękne odbicie piłeczki w zamian za bohaterów, którymi to właśnie życie porusza jak pionkami.
Natalia Kędziak
(natalia.kedziak@dlalejdis.pl)
Colum McCann, „Niech zawiruje świat”, Muza SA 2011
Komentarze