Przemysław Dębski postanowił zaczerpnąć z historii, anegdot i plotek, aby w formie fabularnej nakreślić nam sytuację, w jakiej znajdował się nasz kraj trzy wieki temu. W tej sporych rozmiarów książce niezwykle trudno jest wskazać głównego bohatera, ponieważ zmieniają się oni jak w kalejdoskopie i każdy kolejny rozdział poświęcony jest komuś innemu. Obok nazwisk prominentnych rodów takich jak: Czartoryscy, Radziwiłłowie, Potoccy, Braniccy, Rzewuscy, Krasińscy, Zamoyscy, Massalscy, znajdziemy również pierwszoplanowych graczy sceny międzynarodowej: carycę Rosji Katarzynę II Wielką, króla w Prusach Fryderyka II Hohenzollerna, króla Francji Ludwika XV Burbona oraz królową Czech i Węgier, arcyksiężną Austrii i świętą cesarzową rzymską Marię Teresę Habsburg.
Jest wreszcie Maksymilian Woyna herbu Dąb, postać fikcyjna, której próżno szukać na Wikipedii, jednak to właśnie jej burzliwe losy w przedziwny sposób połączą się z wyborem tytułowego ostatniego polskiego króla, czyli Stanisława Augusta Poniatowskiego. Raczej trudno domyślić się tego powiązania po pierwszym rozdziale opisującym jak kilkuletni Maks bierze udział w napaści na chłopki – „Jasiek posłyszał od Zbyszka, że chłopi należą do nas i gdy nadchodzi nocna gorączka, podniecenie wkrada się do trzewi, a złe duchy nie dają spać to można dać upust, skorzystać z baby rolnej”. Mimo tego wybitnie zniechęcającego początku to właśnie fragmenty poświęcone temu bohaterowi były w moim odczuciu najciekawsze i najbardziej emocjonujące, przynajmniej do czasu, gdy również jego osobistych dramatów nie przysłoniła na dobre wojna siedmioletnia i sejmowe przepychanki. Może to zasługa narracji pierwszoosobowej (pozostałe zdarzenia relacjonuje narrator wszechwiedzący), mocniejszy rys charakterologiczny, a może niepewność, dokąd tak właściwie zmierza ten wątek, bo przecież kluczowe fakty dotyczące całości są nam już na wejściu znane, a nikt nigdy nie uczył się na pamięć biografii Maksymiliana Woyny.
Wielowątkowość i nagromadzenie postaci można uznać zarówno za zaletę, gdy dostrzegamy, jak poszczególne elementy układanki zaczynają się zazębiać; jak i wadę, gdy spowalniają tempo wydarzeń, usypiając zmuszonego do ciągłej koncentracji czytelnika. Nie zmieniają jednak faktu, iż „Magnaci. Ostatni polski król” to przede wszystkim opowieść stawiająca przed nami pytania i wątpliwości dotyczące moralnej wyższości, czy raczej zepsucia rodów szlacheckich. Nie trzeba żyć w tamtych czasach, by dostrzec, że tytuł często traktowany był jako przepustka do władzy, pieniędzy i zaszczytów umożliwiających, wystawne życie pełne pijaństwa i rozpusty, a piękne, lecz puste hasła walki o polskość rzucali na wiatr egoistyczni wielbiciele francuskiej mody, angielskich ogrodów, niemieckiej mowy i węgierskich win.
Izabela Fidut
(izabela.fidut@dlalejdis.pl)
Przemysław Dębski, „Magnaci. Ostatni polski król”, Gdynia, Wydawnictwo Novae Res, 2019 r.
Komentarze