Tytułowa Mala M., czyli Malwina Mączka jest zwykłą dziewczyną. Ma około trzydziestki i pracuje jako graficzka. Młoda kobieta lubi dobrze się zabawić, nie stroni od alkoholu i ostrego seksu. Kiedy przypadkowo spotyka na imprezie u przyjaciół mężczyznę, który ma zadatki na tego Jedynego, w jej życiu zaczyna się ostro mieszać. Mówią, że od przybytku głowa nie boli, jednak kiedy Malę zaczyna podrywać atrakcyjny sąsiad, sprawy się komplikują i to bardziej niż mogłoby się nam z pozoru wydawać.
Zapowiadało się ciekawie i choć proza autorki to typowy czytelniczy fast food, to zawsze było soczyście i satysfakcjonująco, jednak tym razem coś poszło nie tak. Świst przyzwyczaiła mnie do silnych i pewnych siebie bohaterek, kobiet sukcesu, Pań swojego życia. Tym razem jednak jest zgoła inaczej. Mala jest infantylna, irytująca i mało rozgarnięta, w dodatku wybitnie nijaka. Żarty, które autorka serwuje nam w tej powieści są naprawdę nieśmieszne i w dużej mierze dość żenujące. Najgorsze jednak jest w tym wszystkim to, że „Mala M.” to książka całkowicie pozbawiona fabuły. Akcja rozkręca się na dosłownie kilku ostatnich stronach, reszta powieści to nudna narracja, która jest w zasadzie o niczym. Zabrakło tutaj także dynamicznych i zabawnych dialogów, które zawsze podobały mi się w książkach autorki.
Jestem fanką pióra Pauliny Świst i zawsze wyczekuje jej kolejnych tytułów, jednak „Mala M.” naprawdę mnie rozczarowała. Nie uważam pozostałych książek autorki za wybitne, jednak, mimo że niektóre podobały mi się mniej, a inne bardziej, to zawsze dobrze się przy nich bawiłam. Nie oznacza to jednak, że jestem bezkrytyczna wobec autorki i rozumiałam zawsze to, że nie spodobają się one każdemu. Przede wszystkim powieści Świst są dość wtórne - bohaterki są do siebie zawsze podobne, a pomysł na fabułę również niewiele odbiega od typowego dla autorki schematu. Mimo to do tej pory to działało. Polubiłam książki tajemniczej adwokatki, jej niewybredne poczucie humoru i mega seksowne sceny erotyczne. Niestety, tutaj to nie wyszło. Kotlet został odgrzany o jeden raz za dużo. Nie wiem, czy to kwestia tego, że do pisania dołączyła się tym razem koleżanka po fachu, czyli Lilka Płonka, czy tego, że pisarka osiadła na laurach.
Chciałabym móc napisać coś pozytywnego o tej powieści, niestety jedyne, co przychodzi mi do głowy to, że czyta się ją szybko, a dzięki temu można równie szybko o niej zapomnieć i udawać, że „to” się nigdy nie wydarzyło. Pozostaje mi mieć nadzieję, że to jednorazowa „wpadka” i Paulina Świst wróci z kontynuacją „Mali M” lub inną powieścią w tym wyjątkowym, typowym dla niej, stylu.
Joanna Adamski
(joanna.adamski@dlalejdis.pl)
Paulina Świst, Lilka Płonka, „Mala M.”, Wydawnictwo Akurat, Warszawa, 2021
Komentarze