Ruth jest świetną położną z dwudziestoletnim doświadczeniem. Od zawsze wkłada w pracę całe serce, chociaż z powodu koloru skóry musiała pokonać dłuższą i bardziej wyboistą drogę do kariery niż jej białe koleżanki. Kiedy rodzice jednego z noworodków nie zgadzają się, by zajmowała się ich synem, ponieważ jest Afroamerykanką, czuje się rozgoryczona i zszokowana. Nie wie, że najgorsze dopiero przed nią... Ruth zostaje niesłusznie oskarżona o śmierć dziecka i po raz kolejny w swoim życiu musi zawalczyć o sprawiedliwość. Jednak tym razem stawka jest wyjątkowo wysoka.
Jodi Picoult, autorka takich bestsellerów jak „Bez mojej zgody” i „Krucha jak lód” nigdy nie stroniła od trudnych tematów. Tym razem bierze na celownik uprzedzenia rasowe. Proces sądowy Ruth, oskarżonej o morderstwo noworodka staje się dla niej pretekstem do pokazania przejawów rasizmu, na które zwykle nie zwracamy uwagi. Historię opisaną w „Małych wielkich rzeczach” poznajemy z trzech perspektyw: Ruth, jej adwokat oraz ojca zmarłego dziecka. Ruth jest czarną mieszkanką „białego osiedla”, która zmaga się z dyskryminacją od urodzenia. Jej prawnik – Kennedy jest szczęśliwą matką i żoną małej córeczki, której wydaje się, że jest wolna od rasizmu. Turk – ojciec zmarłego chłopca, nosi na głowie wytatuowaną swastykę i należy do rasistowskiej organizacji Białych supremacjonistów. Każde z nich inaczej patrzy na kwestię rasy. Ten sposób narracji pozwala czytelnikowi naprawdę zrozumieć naturę i wielowymiarowość problemu.
Tytuł powieści: „Małe wielkie rzeczy” nawiązuje do słów Martina Luthera Kinga Jr: ”Jeśli nie mogę czynić wielkich rzeczy, mogę czynić małe rzeczy w wielki sposób”. Wybierając ten tytuł, Jodi Picoult chciała pokazać, że walka z dyskryminacją odbywa się metodą małych kroków, które mogą zmieniać rzeczywistość. Właśnie takim krokiem jest proces sądowy Ruth. Jednak ja odnajduję w tym tytule drugie, bardzo ważne znaczenie. „Małe wielkie rzeczy” to dla mnie codzienne, drobne przejawy dyskryminacji, z którymi spotyka się czarnoskóra Ruth i jej rodzina. Są to rzeczy, które dla białego człowieka, nawet przekonanego o tym, że nie jest rasistą, nigdy nie będą zrozumiałe. Autorka pokazuje, że rasizm to nie tylko niewolnictwo czy brak praw wyborczych. Rasizm daje o sobie znać w małych rzeczach, takich jak pomijanie Ruth przy awansie, nieuzasadnione przeszukiwanie torebki w sklepie czy brak plastrów opatrunkowych w ciemnym kolorze skóry. Wszystkie te „małe” rzeczy czynią wielkie szkody i tworzą konstrukcję niesprawiedliwego systemu.
Często nadużywamy stwierdzenia, że dana książka zmusza do myślenia. Jednak w przypadku „Małych wielkich rzeczy” to określenie jest całkowicie uzasadnione. Jodi Picoult konfrontuje nas z naszymi własnymi przekonaniami i skłania do spojrzenia na kwestię rasizmu od nowej, słabo znanej strony. Czyni to z charakterystyczną dla siebie charyzmą i lekkością wypowiedzi. Chociaż powieść ta nie jest pozbawiona wad, takich jak pewna schematyczność fabuły, skłonność do patosu i jednowymiarowość bohaterów – jest jedną z najbardziej wyrazistych i wiarygodnych historii, jakie zdarzyło mi się przeczytać. Polecam ją wszystkim, którym wydaje się, że rasizm należy już do przeszłości, a zwłaszcza tym, którzy uważają się za osoby wolne od uprzedzeń.
Teresa Kasprzak
(teresa.kasprzak@dlalejdis.pl)
Jodi Picoult, Małe wielkie rzeczy, Warszawa, Prószyński i S-ka, 2017
Komentarze