Trudno mi jednoznacznie stwierdzić, czego spodziewałam się po tej książce. Nie miałam pojęcia, czy to będzie wykład, czy thriller, czy jeszcze coś innego. A jednak im bardziej zagłębiałam się w treść, tym bardziej dawałam się ponieść magii liczb. Odkrycie pewnej magicznej zależności, która je wiąże, to dla niektórych naukowców zbliżanie się do stwórcy albo popadanie w obsesję i konieczność ciągłego dążenia do odkrycia kolejnej liczby z tego ciągu.
Jednak w samej książce, oprócz długiego wykładu na wydziale matematyki, o samej królowej nauk jedynie się wspomina. Matematyka staje się tłem, ponieważ mamy tu normalnych, żywych bohaterów. Głównych bohaterów łączy przyjaźń oraz matematyka właśnie, w końcu razem ją wykładają. Czytelnik, poznając ich bliżej, dowiaduje się, że Aleks, wykładowca na wydziale matematyki, jest wręcz owładnięty myślą o odkryciu kolejnej liczby pierwszej. Nie chodzi mu o nagrodę, choć ta pozwoliłaby mu na znaczącą poprawę warunków mieszkaniowych. Odnalezienie kolejnej liczby uważa za coś, co zbliży go do mądrości, co pozwoli mu uważać się niemal za wielkiego kreatora wszechświata. Z kolei Mark, mimo że jest jego dobrym przyjacielem, skupia się raczej na wiedzy dydaktycznej, jednocześnie wie, kiedy zrezygnować, kiedy dalsze poszukiwania stają się swoistą obsesją, prowadzącą naukowców do czystego szaleństwa. To właśnie wykład Marka rozpoczyna książkę.
Pozornie nudnawa fabuła zaczyna się rozkręcać, gdy wraz z Aleksem zaczynamy zagłębiać się w zakamarki jego umysłu. Wizyty u jasnowidza, ale także u psychoanalityka wprowadzają dodatkowych chaos, który należy uporządkować niemal za wszelką cenę.
Ciągle jednak wraca pytanie: Czego może się dowiedzieć przeciętny czytelnik, który uważa matematykę za dość nudą? Dla niego jest wspominany wykład, w którym pojawia się kilka znanych nazwisk. Czytelnicy, na przykładzie sylwetki Johna Nasha, mogą zrozumieć, jak bardzo niektóre odkrycia potrafią zawładnąć człowiekiem i jego życiem. Swoiste szaleństwo, obsesyjna potrzeba doprowadzenia do sfinalizowania odkrycia, często kończą się niezbyt dobrze dla samych naukowców. A z drugiej strony duża część odkryć matematycznych czy fizycznych to raczej dzieło przypadku.
Ten thriller łączy w sobie naukę i element zaskoczenia. Mnie przekonał także tym, że pokazuje matematykę nie jako wyimaginowaną „działkę” naukową dla specjalistów, ale jako przedmiot badań, który wcale nie musi być dla nas odległy i niedostępny. Nie wiem natomiast, czy łączenie dość konkretnej nauki z wiarą, czyli próba odpowiedzi na pytanie, czy istnieje matematyczny wzór przybliżający do jakiegoś absolutu, jest dobrym połączeniem. Mimo że w obydwu przypadkach chodzi o swoistą doskonałość.
Agnieszka Pogorzelska
(agnieszka.pogorzelska@dlalejdis.pl)
Maciej Bienias, „Matematyczny wzór na istnienie Boga”, Wydawnictwo Novae Res, 2020
Komentarze