Po raz kolejny zostaje zamordowana młoda osoba i pozostawiona w teatralnie rozplanowanym miejscu zbrodni. Zupełnie nieoficjalnie na pomoc lokalnej policji rusza doświadczony, aczkolwiek niemile widziany przez organy ścigania, doktor Trajan Jones wraz ze swoim pomocnikiem. Od pierwszej chwili zauważa wiele szczegółów przeoczonych przez techników i kryminalistów przydzielonych do sprawy. Czy to celowe przeoczenie, czy może po prostu błąd systemu ścigania przestępców? Na drodze do rozwiązania sprawy za pomocą metody doktora Kreizlera, bohaterowie znajdują się w coraz ciaśniej zaciskającej się pętli, która i dla nich może okazać się niebezpieczna…
Po „Miasteczko Surrender” sięgnęłam przede wszystkim zachęcona pozytywnymi opiniami „Alienisty” tego samego autora. Nastawiona byłam na wartką akcję, inteligentne, cięte dialogi, niezwykłą zagadkę kryminalną, wstrząsające zbrodnie oraz, oczywiście, na bohaterów, z którymi chce się podążać tropami mordercy. Można jednak powiedzieć, że przez książkę podążałam raczej jak przez grząskie bagno, które wciągało w bezdenną nudę swoimi długimi rozważaniami i ciągnącymi się opisami.
Trzeba oddać sprawiedliwość autorowi – postaci głównego bohatera, nieco ekscentrycznego doktora Trajana Jonesa, a także jego pomocnika, Mike’a Li, dobrze się dopełniały, a ich kontakty obfitowały ciekawymi, ciętymi, inteligentnymi wymianami zdań. Również sama metoda dedukcji i dochodzenia do sedna zbrodni była czymś interesującym. Pochwalić muszę też tło społeczno-obyczajowe, które świetnie ukazało zaściankową Amerykę z jej przesądami, ograniczeniami i cechami tak różnymi od tych, które pokazywane są w innych książkach kryminalnych. Tam bowiem mamy do czynienia z genialnymi policjantami, oddającymi własne życie dla rozwikłania zagadki; tutaj pojawiają się leniwi, niekoniecznie zaangażowani w swoją pracę „specjaliści”, którzy lekką ręką, bez zastanowienia, wydają fałszywe wyroki w sprawach kryminalnych, kierując się własną wygodą i egoizmem.
Dzięki tym zaletom książka z pewnością mogłaby być uznana za ciekawą lekturę; niestety, nie do końca tak było. Przyczyniło się do tego kilka rzeczy. Przede wszystkim styl, w którym autor, jak mi się zdawało, starał się przeforsować swój punkt widzenia na działanie służb kryminalnych i kulawy system badania miejsc zbrodni, a co za tym idzie - łapania przestępców. O ile był to dla mnie ciekawy punkt widzenia, zwłaszcza w zderzeniu z obrazem, który dają nam amerykańskie seriale, o tyle jednak jego wspominanie kilkanaście razy już na pierwszych stu stronach było męczące. To w połączeniu z długimi opisami, które zupełnie odrywały od akcji, znacznie utrudniło mi przejście przez lekturę. Książka ciągnęła się w nieskończoność. Intryga kryminalna, choć ciekawa i poniekąd wstrząsająca, była łatwa do rozwikłania przez kogoś, kto lubi ten gatunek.
Swojego spotkania z „Miasteczkiem Surrender” nie mogę uznać za udane, jednak na pewno książka ta zostanie w mojej pamięci. Zachęci mnie do sięgnięcia po chwalonego „Alienistę”. Może to tylko pojedyncza wpadka autora?
Paulina Grzybowska
(paulina.grzybowska@dlalejdis.pl)
Caleb Carr, „Miasteczko Surrender”, Poznań, Dom Wydawniczy REBIS, 2018.
Komentarze